Każdy rząd chce więcej wydawać
Bez względu na to, kiedy i w jaki sposób zakończy się afera taśmowa, trzeba będzie odrobić lekcję, jaka z niej wynika. Poważnie przemyśleć, jak - modelowo - powinny się układać stosunki między rządem (każdym) a Radą Polityki Pieniężnej. Wprawdzie prawo mówi, że są one od siebie niezależne (szczególną przy tym wartością jest apolityczność i niezależność banku centralnego), w praktyce jednak bywa z tym różnie. Nie bardzo też wiadomo, czy oba te ciała powinny ze sobą współpracować, czy - wręcz odwrotnie - niech każde robi, co do niego należy. Obie opcje mają przecież konsekwencje.
Demokratycznie wybrany rząd odpowiada za gospodarkę. Wyborcy oceniają go za to, czy gospodarka się rozwija, miejsc pracy przybywa, a zarobki rosną. Kiedy czasy są trudne, świat boryka się ze spowolnieniem, rządy (nie tylko nasz) z nadzieją patrzą na banki centralne. W rękach banków są bowiem stopy procentowe. Mogą je podnosić lub obniżać. Obniżenie przyspiesza rozwój gospodarki. Powoduje, że przedsiębiorstwa mogąc taniej zaciągać kredyty, chętniej inwestują. Zaś konsumenci, z tego samego powodu, chętniej kupują. Do budżetu wpływa więcej pieniędzy z podatków.
To dlatego w Europie, ale także w Stanach Zjednoczonych po kryzysie zobaczyliśmy coś, co na pozór wydaje się dziwne. Banki centralne, chcąc przyspieszyć rozwój, tak bardzo obniżyły cenę pieniądza, że wprowadziły ujemne stopy procentowe. Ostatnio zrobił to Europejski Bank Centralny. Banki komercyjne, które chcą część swoich środków ulokować w banku centralnym, nie tylko na tym nie zarobią, lecz nawet muszą do takiego interesu dołożyć. Po to, żeby te pieniądze wpuścić do gospodarki, udzielając więcej pożyczek. Na bardzo niski procent. Pomóc gospodarce, w tym przypadku - strefy euro. Wszystkie rządy różnymi metodami próbują naciskać na banki centralne, by stopy procentowe były jak najniższe.
Nasz też. Robiły to zarówno rządy lewicowe, jak i prawicowe. Między kolejnymi polskimi rządami a szefami Narodowego Banku Polskiego zawsze iskrzyło, a niekiedy nawet wchodzili w otwarty konflikt. Pamiętamy przepychanki między Hanną Gronkiewicz-Waltz a Grzegorzem Kołodką, gdy ona była prezesem NBP, on zaś wicepremierem rządu SLD-PSL. Potem z Leszkiem Balcerowiczem potykali się Marek Belka i premierzy rządu PiS, LPR i Samoobrony. Zawsze chodziło o stopy. Zdaniem rządu - za wysokie, zdaniem NBP - w sam raz albo nawet wręcz odwrotnie.
Bo zadaniem polskiego banku centralnego nie jest dbanie o rozwój gospodarki, o szybszy wzrost PKB, ale o stabilność złotego. O to, żeby ceny nie rosły zbyt szybko, ale też, by nie spadały. Przez wiele lat po 1989 r. NBP walczył z szalejącą inflacją. Teraz obawiamy się nawet deflacji, bo ceny prawie stoją w miejscu. Ale powody do napięć po obu stronach ulicy Świętokrzyskiej były i wtedy, i są teraz. Kolejne ekipy w NBP miały bowiem za złe kolejnym rządom, że nie reformują finansów publicznych albo robią to zbyt wolno. Była to prawda. Dlatego podnosiły stopy. Chcąc w ten sposób jakby zmusić rządzących do ograniczania wydatków państwa, żeby trudniej im było rosnący deficyt finansów państwa sfinansować. To przykręcanie śruby zwykle jednak odnosiło odwrotny skutek. Chłodziło bowiem gospodarkę, ale polityków do reform nie zagrzewało. Bo ich wyborcy sobie tych reform nie życzyli. A ich polityczne losy w demokracji zależą od wyborców. O fatalnym stanie finansów państwa mówimy więc od lat.
Gdyby konstytucja nie zabraniała NBP finansowania długu publicznego i gdyby bank centralny nie był niezależny, mogłoby być jeszcze gorzej - deficyt rósłby o wiele szybciej. Chęć kolejnych rządów do nadmiernego wydawania pieniędzy i kupowania w ten sposób przychylności wyborców byłaby jeszcze większa. Państwo finansowałoby zaś rosnący deficyt pustym pieniądzem, bez pokrycia, a to groziłoby wzrostem inflacji. Zaciskalibyśmy sobie pętlę na szyi.
Możliwy jest też jednak inny wariant wydarzeń. Przekonaliśmy się o tym po wybuchu kryzysu światowego, gdy banki gwałtownie straciły do siebie zaufanie i przestały sobie pożyczać pieniądze. Gdyby klienci próbowali bezskutecznie wypłacić sobie gotówkę, wybuchłaby panika. Zawaliłby się system finansowy, a wraz z nim - państwo. Dlatego EBC, choć nie bez oporów, stał się w końcu pożyczkodawcą ostatniej szansy. Czyli - kupuje od banków komercyjnych obligacje skarbowe, żeby zasilić banki w gotówkę. Ale - w ten pośredni sposób finansuje też deficyt budżetowy. Wpuszcza do gospodarki miliardy pustych euro. To jest wybór między dżumą a cholerą, ale nie można wykluczyć, że powtórka z kryzysu już nie nastąpi. I że Polski nie będzie to dotyczyć.
I na taki scenariusz NBP i rząd też muszą być przygotowane. Jeśli bank centralny będzie twardo trzymał się prawa, nie zasilając banków komercyjnych gotówką (gdy im jej zabraknie) przez kupowanie od nich obligacji skarbowych (bo może w ten sposób finansować deficyt, czego mu nie wolno), państwo może stanąć na skraju przepaści. Jeśli NBP przyjmie inną opcję i zacznie obligacje skarbowe, choćby tylko na rynku wtórnym, kupować - rząd może zacząć szaleć z wydatkami. W tym wariancie również staniemy nad przepaścią, tyle że z drugiej strony.
Prawo, choćby najlepsze, może nie przewidzieć wszystkich okoliczności. Możliwe są sytuacje, w których trzeba zachować się niestandardowo. Ale zawsze - kierując się odpowiedzialnością za państwo. Kłopot w tym, że ta definicja odpowiedzialności także może nie być precyzyjna.
Prawo, choćby najlepsze, może nie przewidzieć wszystkich okoliczności
@RY1@i02/2014/122/i02.2014.122.00000030a.803.jpg@RY2@
Joanna Solska publicystka tygodnika "Polityka"
Joanna Solska
publicystka tygodnika "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu