Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Prywatność i powszechne podniecenie

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Na dmiernie pasjonujemy się podsłuchami stosowanymi wobec polityków, a telewizje przekraczają w tej dziedzinie wszystkie dopuszczalne granice. A przecież to powrót do sprawy tego, co prywatne, i tego, co publiczne. Trzeba więc, po pierwsze, zupełnie jasno przedstawić rzecz. Polityk ma prawo do prywatności jak każdy z nas, i to prawo zapewnione przez odpowiednie przepisy. Ma także prawo, zgodnie z dobrymi obyczajami, by nie zajmowano się jego życiem prywatnym, jego żoną i dziećmi, tym, czy i ile pije, z kim rozmawia i o czym, o ile nie występuje publicznie w roli polityka. Ma wreszcie prawo swobodnie rozmawiać z innym politykiem czy wysokimi przedstawicielami administracji, bo bez takich rozmów nic by się nie działo. Wiele spraw i kompromisów ulega załatwieniu czy rozwiązaniu dzięki takim prywatnym rozmowom.

Przecież kompromisy są zawsze formą targu czy wzajemnej umowy, na skutek której ktoś coś zyskuje, ale też i traci. Umowy tego rodzaju nigdy nie wyglądają świetlanie i w sferze biznesu są bardzo pilnie strzeżone. Podobnie jest lub powinno być w polityce. Przecież dla demokratycznej publiczności ważny jest ich finał, a nie przebieg. Małżeństwo jest faktem publicznym i prawnym, ale przecież nie znamy i chyba nie chcemy znać drogi, na jakiej do niego doszło oraz jaki był stan rzeczy przed małżeństwem. W każdej istotnej sprawie, która jest przedmiotem rozmowy dwóch ludzi, dochodzi do miękkich form szantażu, jeżeli ma być jakiś konkretny skutek tej rozmowy. Dlatego tak sobie cenimy przyjaciół, bo z nimi nic nie załatwiamy.

Dlaczego od pewnego czasu na całym świecie tak ważne stały się prywatne rozmowy i działania polityków? Wyłącznie dlatego, że o nich wiemy dzięki nowym technologiom. Naturalnie podsłuchy i szpiedzy istnieli zawsze. W iluż to przedstawieniach teatralnych mamy scenę, gdzie podsłuchujący zostaje nagle przyłapany za drzwiami, a w sali bankietowej kanclerzy Austrii jest sztukateria na suficie, a w niej ukryte otwory, przez które szpiedzy Metternicha w 1815 r. podsłuchiwali inne delegacje na Kongres Wiedeński. Musiał używać karłów, bo miejsca dla szpiega jest pod sufitem bardzo mało. Ujawnienie donosów szpiegowskich i podsłuchów jednak nie wchodziło w grę, byłoby uważane za skandal towarzyski. Szpiedzy zaś sporo ryzykowali, bo w przypadku przyłapania najczęściej kończyli żywot.

Czy politycy zatem zawsze są osobami publicznymi? Nie, boby zwariowali, i nie, bo często sprawy publiczne trzeba załatwiać prywatnie. Czy prywatne rozmowy polityków są naganne? Nie, jeżeli nie przekraczają prawa. Więc "afera podsłuchowa" w ogóle nie jest aferą, chyba że nie bardzo lubimy - słusznie - wulgarny język, ale za jego używanie jeszcze żaden polityk w dziejach nie został usunięty ze stanowiska.

A my teraz mamy demokrację i wszyscy podsłuchują wszystkich. Mam bardzo ambiwalentny stosunek do Wikileaks i do Snowdena. Naturalnie, dobrze, że ujawnili skalę podsłuchów, ale źle, że przy tej okazji zdradzali ich treść. Można jednak ich zrozumieć i, z trudem, interpretować ich działania jako misję. Kiedy jednak pisma i szmaty medialne ujawniają prywatne sprawy polityków, to - jak w Anglii - kończy się to więzieniem lub, jak w Polsce - powszechnym podnieceniem, lecz także poczuciem bezradności i zagubienia wśród zwykłych ludzi.

A przecież ujawnione rozmowy w niczym nie były naganne, poza jednym faktem, iż Marek Belka nie lubił ministra Rostowskiego. O ile wiem, nikt jednak nie napisał ani nie powiedział dlaczego. I to jest kolejny dziennikarski skandal. A przecież Belka nie lubił - delikatnie mówiąc - Rostowskiego, bo Rostowski bezprawnie chciał mu kazać, by NBP dał do budżetu pieniądze. Belka się wściekł. Dopiero teraz widać kontekst. Dlaczego żaden z przemądrzałych dziennikarzy o tym nie powie? Bo nie wiedzą? Nie wierzę. Boby to nadmiernie skomplikowało rzekomo jasną sprawę.

Dlaczego wszyscy zgodnym chórem - łącznie z premierem, który nie chce obrażać dziennikarzy - powiadają, że pismo ma prawo drukować tekst podsłuchów, kiedy w dodatku nie wie, czy nie były one zmontowane, i samo dokonuje kolejnego wyboru, czyli montażu? Czy media są wyjęte spod prawa, czy - znowu wraca prywatne i publiczne - wolno im się mieszać do spraw prywatnych polityków? Pamiętajmy, że Woodward i Bernstein, kiedy ujawniali skandaliczne działania prezydenta Nixona, mieli wielkie wątpliwości, czy do ich roli to należy i czy warto podważać pozycję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pismo publikuje polskie rewelacje pod tytułem "zamach stanu". Oczywiście żadnego zamachu nie ma, bo nic się nie stało, ale intencje są zdumiewające. Dla rozrywki czytelników i dla zwiększenia nakładu można opublikować praktycznie niewinne nagranie rozmowy dwu wybitnych polityków? Jak nisko trzeba upaść?

I jak bardzo wolno posługiwać się tajnymi nagraniami niewiadomego pochodzenia? Cui bono? Czy gdyby - posłużę się specjalnie w sposób oczywisty nieprawdziwymi przykładami - ktoś się dowiedział (podsłuchał), że prezydent pije na umór wieczorami, a premier skutecznie ugania się za pannami, to czy powinien to publikować, jeżeli to nie ma wpływu na ich publiczne zachowanie? Wolność słowa - proszę darować banał - to także odpowiedzialność za słowo. A dziennikarze, którzy nie rozumieją pojęcia odpowiedzialności, są zwyczajnymi łobuzami.

Bismarck szantażował w rozmowie prywatnej księcia Gorczakowa, że jeżeli Rosja nie będzie neutralna w sprawie konfliktu Prus z Austrią, to Prusy pomogą powstaniu styczniowemu w Polsce. Dowiedział się o tym - też nie wiadomo jak - dziennikarzyna, któremu szło marnie, poszedł do Bismarcka i domagał się pomocy w karierze w zamian za niepublikowanie tej sensacji. Bismarck kazał go zrzucić ze schodów.

Jeszcze na razie mamy demokrację polityczną, a nie dziennikarską. Wiem, że świat zwariował, ale dziennikarz to zawód usługowy, a polityk to nasz wybrany przedstawiciel. Możemy być z niego niezadowoleni, ale dziennikarz nie może go traktować jak równego sobie, nieustannie przerywać wypowiedzi lub ośmieszać wnikaniem w prywatność. Media to czwarta władza, ale tolerowanie takich zachowań, jak urządzenie "afery podsłuchowej" może doprowadzić do tego, że ta czwarta władza zostanie zdegradowana. Wiem, że politycy nie mogą lekceważyć dziennikarzy, bo z nich żyją. Jednak podejrzewam, że przeceniają siłę wpływu mediów, które, jak będą brukowe, przestaną być czytane. Lektura komentarzy internetowych pokazuje, że bardzo wielu Polaków rozumie, że żadnej afery w ogóle nie ma.

Co więcej, po namyśle, nie przejmowałbym się przesadnie tym, że podsłuch wkracza w prywatne zachowania polityków, o ile nie dotyczy to prawdziwych tajemnic państwa, których jest zapewne mniej niż palców u jednej ręki. A skoro odpowiednie służby mają to wyjaśniać, to będę się domagał - gdyby podsłuchano moją rozmowę z żoną - podobnego postępowania. Podsłuch lub spyware wkracza w całe nasze życie i bardzo trudno będzie sobie z tym poradzić. Takie już czasy, wobec czego sprawę obrony prywatności powinniśmy postawić na pierwszym miejscu, ale ponieważ nie skasujemy nowych możliwości technicznych, więc kary za podsłuchiwanie i publikowanie wiadomości z podsłuchów muszą powoli stać się tak drastyczne, by się to nie opłacało. W przeciwnym razie nie tylko nie obronimy prywatności polityków, ale nie obronimy także prywatności naszej własnej.

Można, jeżeli będziemy wspaniałomyślni, uznać, że dziennikarze, którzy publikują wiadomości z niewiadomego pochodzenia podsłuchów, naprawdę mają dobrą wolę. Popatrzmy jednak na reakcję polityków. Jakoś nikt nie zwraca uwagi na głupotę publicznych wypowiedzi, na fałszywe diagnozy i fałszywe obietnice. Na mówienie, że w Polsce nie buduje się autostrad, że nie ma żłobków oraz że Putin powinien być naszym przyjacielem - nie ma ostrej reakcji, a przecież poglądy Korwin-Mikkego w sprawie Putina powinny być karane, a co najmniej powinno się go kompromitować bezpowrotnie. Tym jednak politycy się nie zajmują. Nawet - dla mnie jest to ostateczna kompromitacja takich ludzi jak Jarosław Gowin i nawet dużych partii - rozważają zawarcie z nim sojuszu. O tym wszystkim media ledwie wspominają.

Politycy opozycji jednak zachowują się skandalicznie, zapominają, że i opozycja miewa życie prywatne, i już im się roi zmiana rządu. Z jakiej racji? - pytam. Łobuzeria polityczna przekracza w Polsce wszystkie granice. Jednak na tej łobuzerii w demokracji cierpimy my wszyscy. Daleki jestem od podziwu dla aktualnego rządu i jeżeli już przyjdzie go obalać, to sam pójdę na barykady w słusznej sprawie. Ale z racji podsłuchania prywatnej, powtarzam, prywatnej rozmowy w restauracji, w której, poza językiem, nie było nic złego? Doprawdy bardzo marną mamy opozycję, skoro wykorzystuje taki pretekst.

I na koniec, cała ta afera prowokuje mnie do postawienia zasadniczego pytania o to, czy jeszcze ktokolwiek zajmuje się w świecie mediów sprawą interesu polskiego państwa, czy ktokolwiek myśli o tym, że takie rzeczy państwu (nie rządowi) szkodzą, chociaż są w sumie niewinne. I jak skłonić media do zajmowania się sprawami ważnymi dla kraju, sprawami publicznymi, a tego rodzaju nocne wycieczki podsłuchowe uczynić jednoznacznym skandalem. Na razie nie mam innej rady, jak nie kupować gazet, które upowszechniają sztucznie wykreowane skandale, i bronić prywatności wszystkich, w tym polityków, za wszelką cenę, bo inaczej znajdziemy się wszyscy razem w tym, co niegdyś określano mianem rynsztoku.

Przecież kompromisy są zawsze formą targu czy wzajemnej umowy, na skutek której ktoś coś zyskuje, ale też i traci. W każdej istotnej sprawie, która jest przedmiotem rozmowy dwóch ludzi, dochodzi do miękkich form szantażu, jeżeli ma być jakiś konkretny skutek tej rozmowy. Dlatego tak sobie cenimy przyjaciół, bo z nimi nic nie załatwiamy

@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.000000600.803.jpg@RY2@

WOJTEK GÓRSKI

Marcin Król filozof, historyk idei

Marcin Król filozof

 historyk idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.