Przestańmy konkurować najniższymi płacami
W jednym z programów radiowych "EKG" w Radiu Tok FM (21 maja) wysłuchałem ciekawej polemiki na temat płac w Polsce. Pani prof. Hanna Kuzińska (Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie) domagała się ich podniesienia w związku z tym, że produktywność polskich pracowników od bardzo dawna rośnie, a pensje za tym nie nadążają. Panowie Jeremi Mordasewicz (Konfederacja Lewiatan) i dr Bogusław Grabowski (Rada Gospodarcza przy premierze) wyrażali zdecydowane zdanie, iż na taką podwyżkę jest za wcześnie, gdyż wciąż główna przewaga konkurencyjna Polski polega na niskich płacach. Przy czym dr Grabowski stwierdził w pewnym momencie, iż być może dziesięć lat będziemy mogli sobie pozwolić na radykalne podnoszenie płac, zaś Jeremi Mordasewicz powiedział, że musi się ono zawsze odbywać powoli i pod całkowitą kontrolą pracodawców, którzy najlepiej wiedzą, na co ich stać.
Słuchając tej rozmowy, miałem dziwne wrażenie, że już gdzieś podobne rzeczy słyszałem. Zaraz, zaraz, czyż nie było to w poprzednim systemie? Ależ tak! Jako człowiek już niemłody doskonale pamiętam to ciągłe odkładanie adekwatnej gratyfikacji dla ludzi za ich ciężką pracę, motywowane twierdzeniem, że jeszcze nie pora na konsumpcję, jesteśmy bowiem wciąż za biedni, jeszcze nie pora na zaspokajanie ludzkich potrzeb, wciąż bowiem bardziej potrzebujemy czołgów niż telewizorów, jeszcze nie pora na odpoczynek, musimy jeszcze ciężej pracować, aby zasłużyć na chwilę oddechu. Widziałem zaharowanych ludzi, którym wciąż obiecywano, że ich los z pewnością się kiedyś poprawi, a na razie muszą jednak dać z siebie więcej, na owoc ich pracy czeka bowiem kraj, partia, ojczyzna itd. Z reguły mówili to zresztą ludzie, którzy sami korzystali z względnego dobrobytu. Czyż historia w pewnym sensie się nie powtarza? Oto ponownie mówi się nam: jeszcze poczekajcie, jeszcze się nie spieszcie, pracujcie ciężko, dobrobyt nadejdzie, ale jeszcze nie dziś, nie jutro, za jakiś czas, gdy tylko dogonimy, nadrobimy, wyprzedzimy, zbudujemy. I znowu mówią to ludzie, którym na ogół powodzi się świetnie, jak panom Mordasewiczowi i Grabowskiemu; z pewnością już dawno osiągnęli oni ten dobrobyt, na który inni muszą jeszcze ich zdaniem długo poczekać. Mówi się to ludziom, którzy pracują najwięcej w Europie, mają śmiesznie niskie płace, a jednocześnie swoją pracą przyczyniają się do bajecznych zysków przedsiębiorców i korporacji. Mówi się to ludziom, którzy coraz częściej należą do ubogich pracujących, ich pensje bowiem nie wystarczają na zaspokojenie elementarnych potrzeb życiowych. Bezwstydnie uzasadnia się ogromny wyzysk, jaki ma miejsce od lat w Polsce, koniecznością makroekonomiczną; pozwala się tylko jednej stronie na budowanie swej opowieści, a następnie na to, aby uzyskała ona status opowieści hegemonicznej. Oto bowiem w każdym przypadku głos decydujący mają przedsiębiorcy, którzy oczywiście twierdzą, że więcej płacić nie mogą, bo nie pozwalają im na to ich sytuacja, konkurencja, podatki itd. Jednocześnie ta sama sytuacja pozwala im na luksusową konsumpcję (rynek towarów luksusowych rośnie w Polsce jak na drożdżach), gigantyczną tezauryzację (konta firm od wielu lat puchną od gotówki, która nie jest inwestowana). A wszystkiemu przygląda się państwo, gdy trzeba, gotowe jeszcze przykręcić śrubę pracownikom, którym się w głowie poprzewracało i chcą partycypacji w zyskach wypracowywanych przez firmy. Tak oto budujemy sobie kolejną wersję niesprawiedliwego ustroju, który tym razem ukrywa swą naturę pod ideologiczną przykrywką opowieści o gwarancji sukcesu w wyniku indywidualnej przedsiębiorczości (tak jak gdyby każdy człowiek mógł i chciał stać się przedsiębiorcą), ciężkiej pracy (tak jak gdyby ci, którzy są biedni, nie pracowali ciężko), równości szans (tak jak gdyby równe szanse miały dzieci, których rodziców nie stać na bilet autobusowy do szkoły czy studia w dużym mieście, i te, które spędzają każde wakacje na obozie językowym na Malcie), odkładaniu gratyfikacji na potem (tak jak gdybyśmy dysponowali czymś innym niż nasze krótkie życie), posłuszeństwa wobec wyroków sprawiedliwego rynku (tak jak gdyby nie liczyły się na nim odziedziczone fortuny, koneksje, układy towarzyskie i asymetrie informacyjne).
Angielski politolog Colin Crouch w swojej najnowszej książce zatytułowanej "Making Capitalism Fit for Society" na bazie bardzo wielu statystyk dokonał analizy stanu społecznego dwudziestu kilku krajów zachodnich, w tym Polski. Doszedł do wniosku, że Polska wraz ze Stanami Zjednoczonymi realizuje najbardziej konsekwentnie scenariusz neoliberalnego modelu rozwoju, co w przypadku obu krajów owocuje wysokimi nierównościami społecznymi mierzonymi współczynnikiem Giniego, bardzo niskim stopniem udziału wydatków na pomoc społeczną w budżecie państwa, a także uzwiązkowienia i ochrony praw pracowniczych, brakiem skutecznych mechanizmów negocjacji płacowych pomiędzy pracownikami i pracodawcami, a w przypadku Polski jeszcze nader mizernym stopniem innowacyjności gospodarczej. Jedynie jeśli chodzi o wydatki na edukację, sytuujemy się w środku stawki.
Crouch pokazuje, że najwyższą jakością życia cieszą się kraje stosujące zupełnie inną strategię niż anglosaska i polska. Z grubsza polega ona na systemie równowagi pomiędzy wymogami efektywnej gospodarki rynkowej, interesów przedsiębiorców i interesów pracowników. Równowaga owa przejawia się m.in. tym, że w wyniku istnienia systemu negocjacji płacowych wspieranych aktywnie przez państwo pracownicy mogą partycypować w zyskach przedsiębiorstw. Sprawą kluczową jest właśnie owo wsparcie ze strony państwa dla zachowania równowagi pomiędzy kapitałem a pracą. Faktem historycznym jest bowiem to, że jeśli nie istnieje stała presja państwa oraz organizacji pracowniczych na przedsiębiorców, nie są oni skłonni sami z siebie dzielić się zyskami z pracownikami. Pewnym wyjątkiem potwierdzającym regułę jest zachowanie Henry’ego Forda, który z dnia na dzień podniósł płace pracownikom swojej fabryki o sto procent. Kierował się słusznym przekonaniem, iż zabieg ten w ogólnym rozrachunku mu się opłaci, wzmocni bowiem siłę nabywczą pracowników, a zatem i popyt na jego samochody. Wniosek, jaki płynie z tej opowieści, jest taki, że bez zmiany polityki państwa wobec relacji pracodawcy-pracownicy nie ma co oczekiwać wzrostu płac tych ostatnich, a w związku z tym także wzrostu popytu wewnętrznego, który, jak pokazuje historia gospodarcza, jest kluczowym czynnikiem rozwoju ekonomicznego. Przez ostatnie 25 lat państwo prowadziło politykę sprzyjającą przede wszystkim przedsiębiorcom. Czas już na jej reorientację i uwzględnienie interesów pracowników, na zmianę naszego paradygmatu rozwoju z anglosaskiego na skandynawski, ewentualnie niemiecko-austriacki. Idea konkurowania niskimi płacami doskonale zbieżna z ideologią neoliberalną wyczerpała się. Najwyższa pora na radykalną zmianę, na spełnienie źródłowej obietnicy poprawy losu wszystkich obywateli naszego państwa. Wszystkich.
@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.000002000.802.jpg@RY2@
Andrzej Szahaj profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki
Andrzej Szahaj
profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu