Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Pora ratować kapitalizm kapitałem

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Dla tematyki tego artykułu najlepsza jest pora powodziowa. Wtedy nikt nie ośmiela się wątpić, co zagraża długowiecznym, a chwiejącym się budowlom. Zagraża im zabranie przez powódź. Taką chwiejącą się budowlą zaczyna być kapitalizm. Jeśli nie zostanie otoczony podwyższonym wałem ochronnym, powódź historii go zmiecie. Stan kapitalizmu byłby lepszy, gdyby nie zostały zdewastowane wznoszone po II wojnie zaczątki jego nowej odmiany ustrojowej w postaci cesjonalizmu, w ramach koncepcji państwa dobrobytu. Ideolodzy neoliberalizmu użyli wolnego - ale zdegenerowanego ich doktryną - rynku do wypchnięcia reformatorskich elementów systemowych z polityki państw. Po wybuchu kryzysu w 2008 r. kapitalizm utracił ustrojowe zdolności ochronne przed zagrożeniami.

W czasie potopu biblijnego ludzkość została uratowana dzięki arce Noego, której budowa - jak niektórzy szacują - trwała nawet 60 lat. Świat powinien wyciągnąć z tego naukę i zacząć się przygotowywać do kolejnego potopu z wyprzedzeniem. Dlaczego? By to zrozumieć warto wyobrazić sobie, jak może wyglądać apokaliptyczny potop w gospodarce.

Relacje pracodawca - pracownik widzimy przez pryzmat stereotypu. Według niego pracodawca zatrudnia pracownika, gdy jest mu potrzebny, i zwalnia go, jeśli nie ma dla niego pracy. I wtedy zależność pracodawcy od pracownika całkowicie się kończy, nie musi więc przejmować się zwolnioną osobą, bo ona dla pracodawcy już nie istnieje. A teraz zastanówmy się nad poszerzoną relacją między całkowitymi zbiorowościami pracodawców i pracowników. Komu zbiorowość pracodawców sprzedaje wytwory swych firm? Gdyby naraz wszyscy pracownicy zachorowali na kilka dni i nie chodzili do sklepów, zbiorowość pracodawców byłaby zaskoczona odkryciem, że pracownicy mają podwójną naturę - są także klientami pracodawców, a przecież nasz klient to nasz pan! Ponieważ jednak nigdzie na świecie do tej pory tak się nie zdarzyło, pracodawcy mają trudności z uświadomieniem sobie, że to są ich klienci przychodzący do sklepów z pieniędzmi, które im wypłacili. Niestety, przedsiębiorczy pracodawcy jeszcze nie odkryli tej prawdy. Może ich usprawiedliwiać to, że w sprzedaży ich produktów pośredniczą hurtownicy i detaliści, którzy są traktowani jako klienci producentów, więc zaciemniają cały obraz relacji pracodawca - pracownik.

Pewnego dnia pracodawcy mogą więc z przestrachem zauważyć, że cały świat pogrąża się w obfitości towarów, których producenci nie mają komu sprzedać, bo finalni klienci przestali je kupować. Bo jako pracownicy utracili pracę i zarobki, więc nie mają za co kupować towarów. A kto producentom je wytwarza i robi towarowy potop? No właśnie! Robią to sztuczni pracownicy, czyli automaty, które ludzkość potrafiła tak rozmnożyć, że sama nie musi prawie niczego wytwarzać, bo ma do wszystkiego zastępców.

I tak dotarliśmy do krańcowej wizji futurologii ekonomicznej. Wbrew pozorom nie jest ona zbyt odległa. Aby nastąpił okres zawieruchy i burzy poprzedzającej ekonomiczny potop, nie potrzeba będzie zagrożenia utraty pracy przez wszystkich pracowników. Już jest niespokojnie w krajach, w których bezrobocie przekracza 20 proc.

Załóżmy, że jeśli Zachód nie przystąpi do przygotowywania się do katastrofalnego unieruchomienia jego aparatu wytwórczego, po dwóch pokoleniach przeciętna stopa bezrobocia może utrwalić się na poziomie ponad 30 proc. Przy takim stanie obniżonych dochodów ludności będą musiały wystąpić objawy luki popytowej na rynku towarów konsumpcyjnych na tyle duże, że zatrudnieni wciąż pracownicy zwiększą wydatnie skłonność do oszczędzania, co powiększy wzrost niezbywalnych zapasów i skłoni pracodawców do masowych zwolnień. W rezultacie machina gospodarki zostanie unieruchomiona, a w krótkim czasie będzie musiała być niszczona przez zdesperowaną i wygłodzoną ludność, mającą w swoich rękach jedynie narzędzia do rewolucyjnych przekształceń świata.

Do wcześniejszego przeciwdziałania futurologicznej apokalipsie w gospodarce światowej narzędzia ma natomiast kapitał, a do pomocy w ich zastosowaniu kapitałowi niezbędne jest państwo. Tylko ono może zapewnić zbudowanie specjalnego obiektu inwestycyjnego, wykonującego funkcję podobną do tej, jaką pełnią wały ochronne przed powodzią. Proponuję dla tego obiektu nazwę Wieczysta Baza Kapitałowa. Aby jednak była naprawdę, musi ona mieć zapewnioną zdolność przechowania wartości. Tę funkcję może kapitałowi zagwarantować tylko państwo, dzięki temu, że ma ono zdolność prawną do transponowania substancji wartości w inną postać. Przykładowo biorąc, gdyby musiała być wymieniona waluta narodowa na nową walutę papierową, tylko państwo może utrzymać w tej nowej walucie pełną wartość bazy kapitałowej, np. jako jej odsetek PKB w okresie przed wymianą waluty.

Tworzenie bazy będzie po prostu rodzajem wielkiej inwestycji mającej zapewniać kapitałowi i całej gospodarce stabilny rozwój dzięki zapobieganiu rozrostowi groźnej luki popytowej stanowiącej konsekwencję pożądanego skądinąd procesu automatyzacji produkcji, lecz objawiającego się w formie dokuczliwej redukcji miejsc pracy oraz w postaci masowego bezrobocia. Baza będzie zarządzana przez państwo z corocznych wpłat wnoszonych przez przedsiębiorstwa prowadzące jakąkolwiek działalność połączoną ze sprzedażą ich wytworów na dowolnym rynku. Wysokość wpłat powinna być zróżnicowana w zależności od poziomu marży firm. Celem bazy będzie jej stały rozrost oraz generowanie dochodów w postaci odsetek od kapitału. Od momentu rozpoczęcia kumulacji środków pieniężnych i naliczania dochodów do momentu pierwszego wydatkowania tych dochodów (a nie samego kapitału) może upłynąć 40 lat. W tym czasie baza może przynosić dochód na zasadzie podobnej do oprocentowania rezerw walutowych jako depozytów bez ryzyka rynkowego (przykładowo 2 proc. rocznie). Odsetki te umożliwiłyby zwielokrotnienie kapitału w ciągu 40 lat według procentu składanego.

W czasie owych 40 lat powinno następować etapowe neutralizowanie malejącej liczby miejsc pracy przez skracanie dnia roboczego i zwiększanie dzięki temu liczby etatów z jednoczesnym rozwijaniem wielozmianowej pracy. Można przyjąć, że na początku tworzenia bazy, załóżmy, że od 1 stycznia 2016 r., dzień roboczy ulega skróceniu z ośmiu do sześciu godzin, a po 20 latach z sześciu do czterech godzin. To powinno umożliwiać zwiększanie liczby miejsc pracy w stopniu wystarczającym do utrzymywania bezrobocia w granicach poziomu naturalnego (dobrowolnego) w całym 40-letnim okresie budowania bazy kapitałowej, bez wydatkowania dochodów z bazy. W dalszej perspektywie pozostawałaby niezbędność powiększania 40-letniej bazy kapitałowej, aby w momencie likwidacji rynku pracy ludność mogła przekształcić się w społeczeństwo rentierów.

Podstawowym kryterium określenia docelowego poziomu bazy powinno być założenie, że na osobę bezrobotną i bez możliwości utworzenia własnego wkładu kapitałowego na indywidualnym koncie rentierskim powinien być udostępniony zapis kapitału w wysokości umożliwiającej otrzymanie z niego dochodu w wysokości płacy minimalnej. W warunkach kraju średnio rozwiniętego o potencjale zbliżonym do Polski wielkość centralnej wieczystej bazy kapitałowej na początku 2036 r., przy założeniu, że prawdopodobnie wystąpi wtedy 2,5-milionowe bezrobocie, a żaden bezrobotny nie zdołał wcześniej zgromadzić środków na swym indywidualnym koncie rentierskim, powinna osiągnąć poziom 350 mld dol., co stanowiłoby w warunkach Polski 67 proc. PKB z 2013 r. Każdy bezrobotny uzyskałby dostęp do 140 tys. dol. kapitału z bazy wieczystej. Przy zagwarantowanym przez państwo oprocentowaniu indywidualnego kapitału rentierskiego na poziomie 5 proc. bezrobotny miałby zapewniony dochód w wysokości 7 tys. dol. rocznie, czyli nieco powyżej płacy minimalnej w Polsce w 2014 r. Po jego śmierci indywidualny udział w kapitale bazowym wracałby do bazy centralnej i służył następnemu pokoleniu.

Naturalnie w sensie czysto formalnym wpłaty przedsiębiorców musiałyby mieć postać przypominającą zwyczajny podatek od sprzedaży towarów rynkowych. W znaczeniu merytorycznym wpłaty te spełniałyby rolę inwestycji w przyszłość, ale takie pojęcie wielu właścicielom kapitału musiałoby się wydać równie abstrakcyjne jak ekonomiczny potop gospodarki światowej i równie trudno byłoby je przyjąć do wiadomości, zwłaszcza przez osoby mające dużą wprawę w poddawaniu się wszelkim ryzykom. Budowanie domów na ryzykownych terenach zalewowych też ma optymistycznych zwolenników, czym jednak nie należy się przesadnie zniechęcać.

@RY1@i02/2014/109/i02.2014.109.000002700.802.jpg@RY2@

Marian Guzek profesor ekonomii Uczelni Łazarskiego w Warszawie

Marian Guzek

profesor ekonomii Uczelni Łazarskiego w Warszawie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.