Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Żyjemy w świecie oświadczeń. Postęp? Niekoniecznie

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Ile to się kiedyś trzeba było natłumaczyć, że jest się zdolnym, praworządnym, o dobrych intencjach, a jednocześnie naudowadniać, że nie jest się wielbłądem... Kontrahenci, administracja, wspólnicy - wszyscy za punkt honoru stawiali sobie prześwietlić nas, sprawdzić, skontrolować. Szczęściem to czasy dawno już minione. Teraz jest o wiele lepiej: idzie się ludziom na rękę i jako pozytywne przyjmuje ich oświadczenia. Ułatwia to wiele spraw, zwłaszcza w prowadzeniu biznesu. Niestety w stosowaniu oświadczeń, podobnie jak w przypadku wielu innych spraw, bardzo łatwo się zagalopować. I to na dwa różne sposoby.

Pierwszy wynika z poniesienia entuzjazmem, z chęci załatwienia czegoś szybko, sprawnie i bezboleśnie - niestety robione nieco na wyrost. Nieładnie? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co nigdy w 10 sekund po otrzymaniu wielostronicowej umowy kredytowej nie podpisał oświadczenia, że z uwagą się z nią zapoznał, albo bez przeczytania nie podpisał nigdy oświadczenia o starannym przestudiowaniu warunków ogólnych ubezpieczenia samochodu... W sumie to przecież oświadczenie generujące ryzyko dla tego, kto je składa.

Do tego dochodzą oświadczenia tyczące się jakichś szczegółów mało znaczących dla sedna sprawy. Przecież jeśli prowadzi się skomplikowany biznes, w dodatku jest się celownikiem (osobnikiem zorientowanym na realizację dalekosiężnych celów), a podczas realizacji przedsięwzięcia trzeba złożyć tonę jakichś (w większości mało istotnych) papierków, to podpisuje się wszystko, czego ktoś sobie życzy.

Najgroźniejsze są sytuacje, gdy oświadczenie, złożone zbyt entuzjastycznie i mocno na wyrost, dotyczy na przykład posiadania umiejętności, których brak może napytać biedy komuś. Wdzięcznym więc tematem do dyskusji jest to, co może, a co nie powinno być załatwiane za pomocą oświadczeń. Nauczyciel w roli neurochirurga na podstawie oświadczenia, że się zna na otwieraniu głów?

Ale trzeba przyznać, że są bastiony, gdzie oświadczenia nie przechodzą. By wykonywać wiele zawodów, musimy mieć stosowne wykształcenie, umiejętności albo otrzymany certyfikat (choć deregulacja postępuje). Zazwyczaj musimy też wystarać się o zaświadczenie o niekaralności. Podobnie na maturze i innych egzaminach sprawdzana jest wiedza, nie zaś przyjmowane są oświadczenia egzaminowanych, że "wszystko naumieli się, jak należy".

A drugie ryzyko związane z oświadczeniami?

Dawniej, gdy ktoś sprawdzał stan faktyczny, sam zaświadczał, że jest wszystko w porządku. Teraz, gdy powszechnie opieramy się na złożonych oświadczeniach, organ je zbierający gwarantuje niewiele. Wszak niczego przecież sam nie sprawdza. W miejsce więc potwierdzenia umiejętności czy przyzwoitości mamy głównie ustalenie, kto będzie winny, jeśli oświadczenie okaże się fałszywe. To zaś jest zupełnie czym innym niż przyjmowane intuicyjnie uporządkowanie świata. Mamy do czynienia z przeniesieniem odpowiedzialności. Zwykle taki system się sprawdza, bo opieramy się na oświadczeniach złożonych przez osoby uczciwe, rzetelne, wywiązujące się z zobowiązań. Ale co w przypadku tego niewielkiego odsetka spraw, gdzie czyimś sposobem na życie jest nabieranie innych? Nie mamy na kogo liczyć i ryzyko w pełni bierzemy na siebie. Ot, postęp.

W miejsce potwierdzenia umiejętności mamy ustalenie, kto będzie winny w razie problemów

@RY1@i02/2014/106/i02.2014.106.000001300.803.jpg@RY2@

Piotr Soroczyński główny ekonomista KUKE

Piotr Soroczyński

główny ekonomista KUKE

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.