Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Fatalne zauroczenie

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 42 minuty

Zbliża się 25. rocznica wyborów z 4 czerwca 1989 r. To dobry moment dla pewnych podsumowań. Co się udało, a co nie? Odnieśliśmy sukces czy ponieśliśmy klęskę? Odpowiedź na te pytania wcale nie jest łatwa. Z jednej strony bowiem Polska zmieniła się bardzo na korzyść. Każdy, kto jak ja dobrze pamięta dawne czasy, bez wahania za klęskę uzna okres, gdy wolność była reglamentowana, a zdobycie papieru toaletowego graniczyło z cudem. Dlatego też wydaje się, że wszelkie skrajne tezy mówiące o tym, że dobrze to było w PRL, trzeba traktować z przymrużeniem oka, raczej jako wyraz istniejących frustracji i pewnego rozczarowania, nie zaś trzeźwej analizy faktów. Nie oznacza to, że w niektórych aspektach rzeczywistość poprzedniego systemu dla pewnych grup ludzi nie była korzystniejsza, bo z pewnością była, ani że wszystko, co miało miejsce w rzeczywistości PRL-u, zasługuje na potępienie. Nie ulega jednak wątpliwości, iż przejście do nowego systemu społeczno-gospodarczego okazało się dla nas korzystne. Tyle że nie w tym samym stopniu i nie dla wszystkich. W tym sensie ogromne pokłady frustracji, z jakimi mamy do czynienia w dzisiejszym społeczeństwie polskim, są wytłumaczalne. Grupa wyraźnych beneficjentów zmian okazała się za mała, aby uznać je za pełen sukces.

Czy mogło być inaczej? Mnożą się publikacje uznanych naukowców, które pokazują, że w procesie transformacji popełniono liczne i bardzo poważne błędy (zob. np. Witolda Kieżuna "Patologie transformacji", Jacka Tittenbruna "Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji", Leokadii Oręziak "OFE, katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce"). Dziś nie ulega już żadnej wątpliwości, że na sposobie poprowadzenia zmian długim cieniem położyła się ekonomiczna ortodoksja czasów transformacji, a mianowicie neoliberalizm. W tym sensie mieliśmy pecha, ponieważ nasze reformy przypadły na okres, kiedy wydawało się, że ekonomia jako nauka odnalazła odpowiedzi na wszelkie pytania i osiągnęła status nauki pewnej i dojrzałej. Ekonomistom wydawało się, że nauczyli się panować nad gospodarką w sposób wykluczający raz na zawsze głębokie kryzysy i dlatego pozbawiony turbulencji rozwój ekonomiczny nie będzie miał końca. Owa scjentystyczna naiwność neoliberalizmu zaowocowała podejściem do gospodarki, które nie uznawało żadnych kompromisów. Głębokie przekonanie neoliberałów, że odkryli odpowiedź na wszystkie pytania i znaleźli klucz do ekonomicznego szczęścia, połączone ze ślepą wiarą wielu polityków nieznających się na gospodarce, że neoliberalni ekonomiści wiedzą co mówią, spowodowało marginalizację wszelkich alternatywnych idei reformowania gospodarki. Ów proces uzyskiwania hegemonii przez neoliberalne myślenie, widoczny na całym świecie, szczególnie wyraźnie zaznaczył się w Polsce. Wydawało się, że po latach oficjalnego uznawania pewnej ideologii za jedynie słuszną będziemy jako wspólnota uodpornieni na roszczenia jakiejkolwiek doktryny do posiadania całej Prawdy. Nic z tego. W szczególności spora część naszych elit politycznych i opiniotwórczych, w sposób nieco analogiczny do zauroczenia socjalizmem poprzednich elit, uznała, że nie ma żadnej alternatywy dla proponowanych rozwiązań. Stoją za nimi bowiem racje postępu, heglowski Duch Świata, który wie, dokąd zmierza, popychany swoją wewnętrzną racjonalnością. Zaiste warto byłoby pochylić się nad owym zauroczeniem prostymi odpowiedziami na trudne pytania, jakie przynosi każda zideologizowana myśl roszcząca sobie wyłączność na słuszność i zastanowić się, czy przypadkiem skłonność wielu ludzi do ulegania owym prostym odpowiedziom nie jest substytutem utraconej wiary religijnej. Jeśli połączymy te procesy ulegania ideologicznym złudzeniom z pewnego typu propagandą sukcesu, z jaką mieliśmy (i wciąż mamy) do czynienia w wielu mediach, z interesem wielu ludzi z awansu społecznego zajętych wcielaniem w życie doktryny przynoszącej im stosowne korzyści materialne i prestiżowe, uzyskamy obraz sytuacji, w której hegemonia pewnego sposobu myślenia o gospodarce, a szerzej o dobrym życiu i dobrym społeczeństwie, staje się prawie zupełna. Jego przeciwnicy - stygmatyzowani jako homo sovieticus lub ekonomiczni szarlatani, pogrobowcy skompromitowanych kiedyś idei, kryptosocjaliści czy po prostu nastawieni roszczeniowo dziedzice poprzedniego systemu, w którym każdemu się należało po równo - zostali zepchnięci do swoistego skansenu poprzedniej epoki, gabinetu osobliwości, w którym zadowolona z siebie elita mogła się przeglądać jako w przerażającym Innym, zasługującym na litość lub paternalistyczne naprostowanie duchowe i materialne. Stare polskie podziały na Pana i Chama uzyskały nową szatę ideową. W tym sensie dominujący dyskurs neoliberalny idealnie wpisał się w naszą tradycję szukania legitymizacji dla nierówności społecznych w kategoriach oświeconej elity i ciemnego ludu. Pouczająca jest lektura wielu wywiadów udzielanych przez przedstawicieli organizacji pracodawców, niektórych ekonomistów i polityków (warto też słuchać programu EKG w radiu Tok FM). Znajduje się w nich ledwo ukrywana pogarda dla ludu, który nie chce zawierzyć swoim dobroczyńcom i domaga się swoich praw. Ta zaiste dziewiętnastowieczna retoryka dobrych i opiekuńczych pracodawców oraz złych, bo niewdzięcznych pracowników, którzy zdradzają swoich panów, próbując np. założyć jakiś związek zawodowy (co za fanaberia!), dobrze odzwierciedla odrodzenie się w Polsce społeczeństwa klasowego rodem z epoki Reymonta i Prusa. Sądzę, że odrodzenie owo jest także jedną z przyczyn poczucia frustracji i zawodu, jakie jest typowe dla dzisiejszej Polski.

Oczywiście można powiedzieć, że oburzenie na ten stan rzeczy jest naiwne, wszędzie bowiem tam, gdzie mamy do czynienia z kapitalizmem, mamy do czynienia z nierównościami społecznymi. To prawda. Stanowi jednak wielką różnicę to, jaka jest skala tych nierówności. Istnieją takie kultury kapitalizmu - aby nawiązać do sławnej pracy Ch. Hampdena-Turnera i A. Trompenaarsa "Siedem kultur kapitalizmu" - które sobie z tym problemem radzą znacznie lepiej niż kultura ukształtowana w Polsce. Wraz z uznaniem neoliberalizmu za najlepszą doktrynę ekonomiczną weszliśmy na ścieżkę kształtowania anglosaskiej kultury liberalizmu, to bowiem świat anglosaski ze szczególnym entuzjazmem przyjął neoliberalizm jako Prawdę do wcielenia w życie (przypomnijmy rządy M. Thatcher i R. Reagana). Nie był to dobry wybór i słaba pociecha, że nie był on do końca nasz, wszak nasi reformatorzy pracowali pod wielką presją organizacji międzynarodowych, dla których do dzisiaj neoliberalna ortodoksja jest obowiązująca. Zastanawiająca jest jednak skala sukcesu owej neoliberalnej wizji. Musiała ona natrafić na jakieś pokłady naszych własnych przekonań, co do dobrego życia i dobrego społeczeństwa, wydobyć z nas zapomniane, lecz wciąż żywotne tradycje, jakoś trafić w nasze z dawna ukształtowane oczekiwania, choć gwoli sprawiedliwości trzeba też powiedzieć, że neoliberalizm nie przyjmował się w Polsce bez oporów (przypomnijmy sobie strajki i protesty z początków transformacji). W ostateczności trafił on jednak dobrze w naszą niechęć czy wręcz nienawiść do państwa związaną z tradycją życia w państwie wrogim bądź obcym; głęboko zakorzenioną w nas skłonność do kombinowania w celu przetrwania. Jego rozpowszechnieniu się jako ideologii hegemonicznej sprzyjało też rozsypanie się społeczeństwa (atomizacja) w wyniku stanu wojennego (zadał on niebywały cios naszej wierze w skuteczność zbiorowego działania, doprowadził do sproszkowania społeczeństwa, rozbicia poczucia wspólnoty), a także skłonność do anarchicznego indywidualizmu, która jest obecna w naszej tradycji (warto też pamiętać, co mówił wybitny polski socjolog, profesor Stefan Nowak: jesteśmy wspaniałym narodem, ale żadnym społeczeństwem). Pobudził tkwiące w nas przekonania o naturalności wszelkich nierówności, których nie był w stanie wykorzenić realny socjalizm (tradycja pogardy dla chłopów i innych warstw upośledzonych ekonomicznie czy kulturowo, dziś przejawiająca się czymś, co nazywam kulturą upokarzania), podatność na idee socjaldarwinizmu (wygrywają silniejsi, słabsi muszą przegrać) wynikająca z ogromnej brutalności naszych dziejów oraz faktycznej słabości oddziaływania moralności chrześcijańskiej pomimo wysokiej pozycji Kościoła katolickiego. Do tego doszło głęboko w nas ugruntowane przekonanie, że Zachód ma zawsze rację, a zatem zawsze trzeba słuchać jego rad (wiąże się to z wielosetletnią zależnością od Zachodu, na poły kolonialną). Nie bez znaczenia było także oddziaływanie kultury masowej, która od pewnego czasu (lata 80. XX wieku) przesiąknięta była kultem bogactwa i pogardą dla tych, którym się nie udało. Na zakończenie warto wspomnieć o prostocie przekazu neoliberalnego: rynek ma zawsze rację, jest doskonałym regulatorem wszystkiego, jego wyroki są sprawiedliwe, państwo jest zawsze złe, konkurencja i walka połączone z egoizmem są czymś naturalnym. Ludzie lubią takie proste przekazy, szybko i bez wielkiego wysiłku własnego można znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania. Wydaje się zatem, że turbokapitalizm w wydaniu neoliberalnym jedynie wzmocnił nasze własne predyspozycje.

Wszystko to nie pozostało obojętne dla stanu moralnego naszego społeczeństwa. Szczególnie niekorzystna okazała się niesprawiedliwość polskiej transformacji wynikająca m.in. z tego, że wygrali w niej przede wszystkim ci, którym było lepiej już z poprzednim systemie, zaś ze względów ekonomicznych i politycznych potępienie moralne (a częściowo i prawne) ich wcześniejszych praktyk zostało powstrzymane. Ludzie zauważyli, że wygrywają tacy, którzy potrafią w każdym systemie dobrze się ustawić, a nie ci, którzy na to zasługują swoją ciężką pracą i talentami. Moralność została uchylona na rzecz pragmatyki politycznej i ekonomicznej, a takie rzeczy się mszczą. Fatalne skutki moralne miała także klęska w nowym systemie tych, którzy przyczynili się do obalenia starego (jak np. klasa robotnicza). Dało to asumpt do uznania wszelkich działań zbiorowych służących poprawie jako nieopłacalnych w kategoriach losów osobistych. Wzmocniło to jeszcze "sproszkowanie" społeczeństwa i nastawienie na udział w indywidualnej grze, w której wygrywać ma silniejszy, a nie ten, kto ma moralną słuszność. Pociągnęło to za sobą rozpad poczucia wspólnotowości i całkowite zapomnienie wartości dobra wspólnego. Demoralizująco wpłynął też na nas sposób traktowania Polski przez korporacje międzynarodowe. Zachowywały się one często u nas jak w Trzecim Świecie, mając w nosie nasze prawo oraz prawa pracownicze i windując stopę wyzysku do trzecioświatowych wymiarów. Biernie przyglądało się temu państwo, pogłębiając w obywatelach poczucie całkowitego porzucenia i zdania na własne siły. Promowało to brutalne nastawienie na przetrwanie za wszelką cenę. Moralność musiała ustąpić przed wymogami przeżycia we wrogim otoczeniu.

Tak było. A jak mogłoby być? Trudno dziś wyobrażać sobie, co by było, gdyby było. Jedno jest pewne. Już najwyższa pora na radykalne przeorientowanie polskiej polityki gospodarczej i społecznej. Zamiast wierzyć dalej w neoliberalne mrzonki (idee "skapywania bogactwa", nadzieje, że "przypływ podniesie wszystkie łódki" itd.) powinniśmy łaskawym okiem spojrzeć na inne niż anglosaska kultury kapitalizmu, przede wszystkim na model skandynawski. Wymagałoby to jednak zmiany sposobu myślenia o roli państwa w gospodarce, związkach zawodowych, dialogu społecznym, opłacalności pomocy socjalnej, planowaniu, równości i własności prywatnej. Rewolucji mentalnej. Czy jesteśmy do niej gotowi? Boję się, że nie. Zbyt wielu z nas musiałoby uznać, że wiara w spontanicznie kształtujący się, doskonały ład rynkowy była wielkim złudzeniem. Jeszcze jednym wielkim złudzeniem w naszym życiu.

Zastanawiająca jest skala sukcesu owej neoliberalnej wizji. Musiała ona natrafić na jakieś pokłady naszych własnych przekonań co do dobrego życia i dobrego społeczeństwa, wydobyć z nas zapomniane, lecz wciąż żywotne tradycje, jakoś trafić w nasze z dawna ukształtowane oczekiwania. Pobudziła tkwiące głęboko w nas przekonania o naturalności wszelkich nierówności

@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.000001400.803.jpg@RY2@

materiały prasowe

Andrzej Szahaj profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki

Andrzej Szahaj

profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.