Dotknąłem Europy
Zauważyliście, że niektóre doświadczenia pomagają dostrzec rzeczy dotychczas niezauważane lub czynią namacalnie rzeczywistym coś, co jest abstrakcyjnym pojęciem? Ci, którzy mieli szczęście (lub nieszczęście) się zakochać, rozumieją, o czym mówię. Kolory stają się jaskrawsze, dźwięki wywołują emocje, idei można dotknąć. Podczas długiego weekendu dotknąłem zjednoczonej Europy.
Moja historia zaczyna się od obejrzenia debaty między czterema kandydatami na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Po raz pierwszy szef KE nie będzie wybierany podczas tajnych negocjacji przez przywódców państw członkowskich Wspólnoty, lecz przez Parlament Europejski, czyli przez nas. Bo to my wybierzemy europosłów. Warto zainteresować się wyborami do Parlamentu Europejskiego i pójść do urn, żeby mieć wpływ na to, kto zajmie fotel europejskiego premiera.
Ta zmiana nie cieszy wielu polityków, którzy zdają się preferować zakulisowe negocjacje. Na przykład lider Partii Pracy Ed Miliband nie chciał poprzeć kandydata lewicy Martina Schulza z Niemiec ani pozwolić mu na prowadzenie kampanii w Wielkiej Brytanii. "Financial Times" twierdzi, że dzieje się tak dlatego, iż laburzyści obawiają się, że poparcie Schulza może im zaszkodzić w nadchodzących wyborach. Choć ja uważam, że prawdziwym powodem niechęci jest pochodzenie kandydata - niemiecka kampania w państwie obsesyjnie budującym swoją tożsamość wokół dwóch wojen światowych?!
Tak czy inaczej w telewizji po raz pierwszy można było zobaczyć debatę kandydatów na najważniejsze stanowisko w zjednoczonej Europie. Uczestniczył w niej Jean-Claude Juncker z Luksemburga, jeden z najbardziej doświadczonych europejskich polityków, który konsekwentnie bronił programu oszczędności, bo jest jego jednym z autorów. Ewidentnie niezręcznie czuł się w warunkach debaty publicznej, bo po latach spędzonych w roli szarej eminencji UE ma awersję do blasku jupiterów. Jest kandydatem Europejskiej Partii Ludowej, do której przynależy PO.
Lewicę reprezentował Martin Schulz, samouk i były właściciel księgarni z Niemiec, zażarty zwolennik demokracji ludowej. Promuje integrację, ale ma do niej realistyczne podejście: występował za zwiększeniem roli UE w niektórych kwestiach, ale pamiętał o konieczności pozostawienia prawa do podjęcia decyzji rządom państw członkowskich, tam gdzie to konieczne. Podczas debaty był w swoim żywiole, nawołując do złagodzenia polityki oszczędności. Muszę jednak powiedzieć, że zaniepokoił mnie brak u niego bardziej stanowczej reakcji na rosyjskie działania na Ukrainie. Dużo mówił o dyplomacji i wspólnych interesach UE i Rosji, co jest prawdą, ale nie ma nic do rzeczy. Żeby zobaczyć go na czele UE, Polacy powinni zagłosować na SLD.
Z outsiderów była Ska Keller, kandydatka Zielonych, która zna się przede wszystkim na ochronie środowiska. Choć udała się jej jedna riposta, kiedy zarzuciła Junckerowi kierowanie tworzeniem raju podatkowego w Europie. W Polsce Zielonych nie reprezentuje żadna znacząca partia. Był również Guy Verhofstadt z Belgii, były premier wystawiony przez liberałów. Argumentował za bardziej federalistycznym podejściem, mówiąc, że nasze problemy wymagają większego, a nie mniejszego udziału Europy. Jest również zwolennikiem większego zaangażowania Europy w kwestie obrony i ostro krytykował zachowanie Rosji na Ukrainie, podkreślając konieczność zdecydowanej reakcji. Żadna z polskich partii nie jest z nimi związana.
Patrząc na tych kandydatów, byłem pod wrażeniem ich oddania sprawom Europy, ich wiary w ważność demokracji w Europie i prawo obywateli do decydowania o tym, kto będzie stał na jej czele, oraz faktu, że wszyscy oni swobodnie posługują się trzema lub czterema językami - sama debata była prowadzona po angielsku. Trudno byłoby znaleźć czterech liczących się brytyjskich polityków, którzy mieliby wizje i kompetencje do poruszania się w ogólnoeuropejskim obszarze i płynnie mówiliby np. po francusku, nie wspominając o innych językach (Pani Ashton, jest pani uroczą kobietą, ale czy stanowisko wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych naprawdę jest dla pani odpowiednie?).
Dzień po obejrzeniu debaty udaliśmy się z żoną do Belgii, żeby odwiedzić jedną z naszych córek. Jest ona prawdziwą obywatelką Europy: zdała egzamin na studia w Anglii, spędziła rok w Niemczech w ramach programu Erasmus, zajmuje się badaniami medycznymi w Irlandii, a ostatnio została wysłana do centrum badawczego niedaleko Brukseli. Jak przyjemnie jest móc podróżować bez kontroli paszportowej, którą musimy przechodzić podczas wizyt w Wielkiej Brytanii. Często z żoną podróżujemy samochodem po Europie i swoboda, którą daje strefa Schengen, jest nie do przecenienia.
Tym razem jednak wybraliśmy samolot - na lotnisku Okęcie poinformowano o overbookingu (sprzedaży większej liczby biletów niż miejsc w samolocie) na lot do Amsterdamu. Wcześniej to była zwykła praktyka linii lotniczych, ale dzięki unijnym regulacjom gwarantującym odszkodowania dla niedoszłych pasażerów liczba takich przypadków zmalała.
Zatrzymaliśmy się u córki w Leuven blisko Brukseli. To studenckie miasto i ważne centrum badań biotechnologicznych, które dobrze pokazuje, dlaczego UE ma tak duże znaczenie dla nas wszystkich. Miasto było mocno zniszczone podczas wojen światowych. Biblioteka uniwersytecka była dwukrotnie dewastowana: podczas I wojny zniszczono ok. 230 tys. książek, podczas II - ponad milion. Czyżby Niemcy mieli zwyczaj niszczenia książek w czasie konfliktów zbrojnych?
Teraz Leuven jest pomnikiem odbudowanej Europy i potęgi naprawczej mocy europejskiego zjednoczenia. Jego kultura, ulice, historia, pomniki, wreszcie uliczne kafejki świadczą o tym, że Europa prosperuje i cieszy się pokojem. (Przemilczę jeden nasz posiłek w restauracji, wyjątkowo kiepski. Niech posłuży jako przypomnienie, że świat nie jest na tyle perfekcyjny, na ile by człowiek chciał - muszę przyznać, że nieprędko znowu zamówię flamandzki gulasz wołowy).
Następnego dnia zwiedzaliśmy Brukselę - stolicę zjednoczonej Europy. Średniowieczne centrum, pokaźne budynki z XIX w., które miały świadczyć o potędze Belgii kolonialnej, oraz brutalnie modernistyczne budowle wzniesione po to, by pomieścić eurokratów, deputowanych, armię urzędników i innych pracowników. Brzydota sąsiaduje z elegancją, piękne kawiarnie znajdują się obok strasznych współczesnych biurowców. Oficjalnie mająca dwa języki urzędowe Bruksela mówi teraz wieloma językami dzięki ludziom z całego świata, którzy zlatują się do Europy jak ćmy do światła. Zapach czekolady i gofrów otula centrum i przenika do tuneli metra, choć czasem przebija się zapach piwa i frytek. Te aromaty potrafią nastrajać pokojowo i dlatego Bruksela jest dobrym miejscem na stolicę bardzo różnorodnej Unii Europejskiej.
Ma też odpowiednią kulturę. Skrajna lewica wyszła na ulicy świętować Dzień Pracy, ale było jej tak mało i byli tacy uprzejmi, że chciało się im pomóc. Poszliśmy jednak zobaczyć prace Francisco de Zurbarana, hiszpańskiego malarza epoki baroku. Często nazywany hiszpańskim Caravaggiem, potrafił sięgnąć do duszy malowanej materii. Nie pokazywał cierpienia, jak wielu współczesnych mu malarzy, ale raczej jabłkowość jabłka, mnichów wycofanych do swojego wewnętrznego świata i rozmawiających z Bogiem nie jako petenci, lecz ktoś, kto odzyskał wewnętrzny spokój. Wystawa przypomniała mi o chrześcijańskich korzeniach Europy i wolności ducha, której UE konsekwentnie broni.
René Magritte , a, którego muzeum znajduje się nieopodal, od Zurbarana oddzielają trzy stulecia, ale on również usiłował "uchwycić treść nieuchwytnego". Zmusza do przenikania poza powierzchnie płótna w świat wyobraźni i ożywia na obrazach rzeczy, które istnieją tylko w niej. Jego prace również traktują o wolności, tajemniczości codziennych zjawisk i prawdziwej głębi ludzkich doświadczeń. Magritte odrywa nas od koncentrowania się na sobie i prosi o zwrócenie uwagi na innych. To jest europejska tolerancja, innymi słowy: "wolność jako możliwość bycia bez obowiązku być".
Po powrocie do Leuven poszliśmy na koncert na świeżym powietrzu przed kilkakrotnie odbudowywaną biblioteką. Był to koncert Zakopower - polskiej góralskiej kapeli grającej ludowe melodie w bardzo współczesnych aranżacjach - z okazji dziesiątej rocznicy przystąpienia Polski do Unii. Wyobraźcie sobie taką scenę. Wczesny wieczór, niebo z płócien Magritte,a (lazurowe z puchatymi chmurkami), nad placem dominuje bryła neorenesansowej biblioteki. Przed fasadą monumentalna rzeźba Wolności z masywnym złotym mieczem skierowanym w dół i przebijającym pruski hełm. W drugiej ręce Wolność podnosi dziecko. To dobry symbol Europy (hełm nie musi być pruski i nie chcę urazić braci z Niemiec, to tylko symbol agresywnego militaryzmu).
Przed budynkiem, pod statuą polski zespół gra współczesne piosenki o nas wszystkich, i gra je na tle płótna z obrazami znanymi z niedawnej polskiej historii: stan wojenny, "Solidarność", wąsaty Lech Wałęsa, ale sa też humor, piękno i tradycja. Przed sceną, na starożytnym placu mnóstwo ludzi z Europy i całego świata poruszających się w takt muzyki zjednoczonej Europy (oczywiście z polskim piwem w ręku). Byłem tym bardzo poruszony, ale ja jestem romantykiem, wbrew temu, co myślą niektórzy moi studenci!
W drodze do domu mówiliśmy o emeryturach (od pięknego do przyziemnego, jaka nuda). Dowiedzieliśmy się właśnie, że moja żona, urodzona w Polsce, dostanie brytyjską emeryturę na podstawie moich składek płaconych w Wielkiej Brytanii. To dzięki unijnej dyrektywie, zgodnie z którą narodowość i miejsce zamieszkania nie mają znaczenia przy wypłacaniu świadczeń. Mówiliśmy też o głosowaniu w nadchodzących wyborach. Niedługo Wielka Brytania - ponieważ od lat mieszkam w Polsce - odbierze mi prawo do głosowania w brytyjskich wyborach. To nie jest normalna praktyka w demokratycznym świecie. Na szczęście Komisja Europejska i Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny przychodzą z pomocą Brytyjczykom w mojej sytuacji. Te instytucje dostrzegły problem i próbują coś zrobić z tak wielkim brakiem poszanowania dla podstawowego prawa obywatela do wyboru władz swojego kraju.
Następnego dnia wróciliśmy do Polski pełni entuzjazmu dla zjednoczonej Europy. W ciągu kilku dni doświadczyliśmy, co oznacza Europa dla swoich obywateli. Mogliśmy dotknąć Europy. Nie wszystko jest perfekcyjne, przypomina o tym epizod, kiedy prawie straciłem przytomność po zderzeniu ze znakiem drogowym podczas poszukiwania budynku Parlamentu Europejskiego. Dochodząc do siebie, pomyślałem, że gdybym musiał iść do szpitala, przynajmniej nie musiałbym za to płacić. Jestem obywatelem Europy.
Zatem, drogi Czytelniku, jeśli dotrwałeś do końca tego tekstu, czy mogę prosić, żebyś pamiętał o głosowaniu w wyborach do Parlamentu Europejskiego? I nieważne na kogo oddasz swój głos. Europa na to zasługuje.
Po raz pierwszy szef KE nie będzie wyłaniany podczas tajnych negocjacji przez przywódców państw członkowskich Wspólnoty, lecz przez Parlament Europejski, czyli przez nas. Bo to my wybierzemy europosłów. Warto zainteresować się głosowaniem do Parlamentu Europejskiego i pójść do urn, żeby mieć wpływ na to, kto zajmie fotel europejskiego premiera
TŁUM. IC
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000001200.803.jpg@RY2@
WOJCIECH GÓRSKI
Timothy Clapham psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski
Timothy Clapham
psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu