Siedem cudów Polski
10 lat temu, wchodząc do Unii Europejskiej, zdobyliśmy się na ostatni wielki wspólny wysiłek
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.000002200.101.jpg@RY2@
Solidarność - to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu, jedni przeciw drugim - tak mówił do nas, znając nasze możliwości, na dawnym lotnisku w Gdańsku 12 czerwca 1987 r., w czasie trzeciej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II.
Solidarność, wspólnota, zbiorowość - tylko pod tymi znakami udawało się nam osiągać rzeczy wielkie. Po raz ostatni w maju 2004 r., kiedy ostatecznie wróciliśmy do Europy, która zawsze była naszym domem, choć przez lata miała zamurowane okna i drzwi. Akcesja do UE była zwieńczeniem sześciu innych wielkich wspólnotowych ruchów, które od sześciu wieków kształtują nasze charaktery i nasz sposób patrzenia na świat.
Niestety wydaje się, że dzisiaj możemy celebrować nie tylko rocznicę możliwości używania nad Wisłą niebieskich flag z żółtymi gwiazdami, lecz także ostateczną porażkę wspólnotowego ducha. Bo zdaniem wielu ekspertów nic już nigdy, w ramach powszechnego wysiłku, nam tak dobrze nie wyjdzie.
- Dzisiaj jedynie ultraskrajne zewnętrzne zagrożenie mogłoby nas zmusić do jedności, która spajała nas przez wieki. Żaden inny czynnik takiego zjawiska nie wywoła. Zmysł wspólnotowy definitywnie zastąpiliśmy indywidualistycznym. Na wielkie propaństwowe projekty w takich okolicznościach nie ma już miejsca - stawia diagnozę prof. Wojciech Roszkowski z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, autor siedmiotomowej "Historii Polski XX wieku".
Żegnamy Polskę, która potrafiła grać do jednej bramki i zdobywać gole w meczach z rywalami światowej klasy. Dzisiaj jesteśmy już bardziej Europą. Dla jednych to źle, dla innych dobrze.
Wspólnota broni, wspólnota demokracji
Polskich zbiorowych cudów było wiele, ale na szczególną uwagę zasługuje siedem: pospolite ruszenie, Konstytucja 3 maja, powstania XIX wieku, II Rzeczpospolita, powstanie warszawskie, "Solidarność" i akcesja do Unii Europejskiej. Żaden nie miałby miejsca, gdybyśmy - tak jak na co dzień - szli każdy w swoją stronę. Na szczęście udało nam się iść razem.
Zaczęło się dość dawno, gdy po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli sami nie weźmiemy spraw w swoje ręce, o nasze dobro, a nawet życie, nikt inny się nie zatroszczy. Szybko doszliśmy również do wniosku, że w pojedynkę można najwyżej pohasać konno po lesie, ale nie budować realną polską potęgę.
Chociaż pospolite ruszenie z różnym nasileniem było dość popularną formą zaciągu wojennego w całej Europie, sztukę jego powoływania oraz skuteczność działań doprowadziliśmy niemal do perfekcji. Polegało na wezwaniu pod broń całej ludności państwa lub tylko pewnej części zobowiązanej do tego rodzaju służby. Ten drugi wariant przyjęto w Polsce.
Członkowie pospolitego ruszenia zobowiązani byli sami zatroszczyć się o swoje uzbrojenie. Formacja ta była dość zróżnicowana, jeśli chodzi o wartość bojową i wyszkolenie. Umiejętności były pochodną praktyki - zależały głównie od stopnia doświadczenia zdobytego w walkach. Oddziały wywodzące się z obszarów, gdzie bywało niespokojnie i trzeba było bronić granic (np. Polski południowo-wschodniej), były mobilne, sprawne i skuteczne, stanowiły realny zalążek późniejszego regularnego wojska. Z kolei ruszenie z okolic, gdzie zwykle żaden wróg się nie zapuszczał, nie było ani przesadnie przygotowane, ani doświadczone w walkach. Początkowo wszystkie oddziały rekrutowano ze szlachty na podstawie obowiązku lennego (poddaństwo wasali w stosunku do seniorów). Potem zostali nim również objęci mieszczanie, którzy posiadali dobra ziemskie, a także część chłopów, np. najlepiej uposażeni i cieszący się największym autorytetem sołtysi. Dopiero w 1794 r., podczas powstania kościuszkowskiego, pospolite ruszenie objęło wszystkich mężczyzn. W czasie powstania listopadowego pod broń powołano wszystkich mężczyzn w wieku 17-50 lat. Ostatecznie plan stworzenia większych oddziałów ze zmobilizowanych w ten sposób żołnierzy nie powiódł się. W latach 1918-1939 do pospolitego ruszenia zaliczano żołnierzy i podoficerów rezerwy w wieku 40-50 lat oraz oficerów między 50. a 60. rokiem życia. Nie wymagano od nich jednak służby wojskowej sensu stricto. Brali udział w ćwiczeniach, a w przypadku wojny nakładano na nich obowiązek mobilizacji i wyjazdu na front.
Cokolwiek by mówić o jakości pospolitego ruszenia na przestrzeni polskich dziejów, a bywała ona i bardzo wysoka, i żenująco niska, było pierwszy wspólnotowym projektem, w którym mógł się odnaleźć i zasłużyć każdy Polak. Nie miało znaczenia to, czy jest zamożny, wykształcony i z jakiej grupy społecznej pochodzi. Służba realizowała zasadę skrajnego demokratyzmu - dla dobra kraju, oczywiście pod kierunkiem przełożonych, walczyć dawano prawo niemal każdemu chętnemu, choć siłą tego nie egzekwowano.
Z majem, gdy weszliśmy do UE, od ponad 220 lat Polakom kojarzy się inny wielki projekt, który udało się nam przeprowadzić wyłącznie z uwagi na zmysł wspólnotowy oraz rezygnację z części własnych interesów przez różne grupy społeczne. Ustawa Rządowa, czyli Konstytucja 3 maja, była drugą na świecie, a pierwszą w Europie ustawą zasadniczą. Uchwalona w 1791 r. przez Sejm Czteroletni, który był jednym z kluczowych osiągnięć polskiej demokracji, to efekt wygranej zbiorowości nad jednostką - kompromisem między środowiskiem reformatorskiej szlachty i konserwatywnym otoczeniem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Konstytucja demokratyzowała stosunki społeczne w Polsce. Mieszczanom, klasie coraz liczniejszej i obrastającej w bogactwa, zagwarantowano m.in. prawo uzyskania nobilitacji, czyli otworzono przed nią drzwi do stanu wyższego, wcześniej zawsze szczelnie zamknięte. Znacznie uszczuplono wpływy magnaterii na elekcję króla i ograniczono jej stosowanie jedynie do sytuacji, w której wygasa dynastia, bo w założeniu tron w Polsce miał się stać dziedziczny. Po uchwaleniu konstytucji króla zresztą nie wybrano już nigdy, ostatnim polskim monarchą był obrany wcześniej Stanisław August.
Szlachtę pozbawiono prawa najwyższej zwierzchności wobec poddanych, przyjmując ich "pod opiekę prawa i rządu krajowego". Indywidualne umowy chłopów z dziedzicami o zamianę pańszczyzny na czynsz teraz nie mogły już być unieważniane przez szlachtę według własnego widzimisię. Postanowienia konstytucji wzmacniały państwo, tworząc jednolity rząd i wojsko Rzeczypospolitej i Księstwa Litewskiego. Za religię panującą uznano katolicyzm, obejmując jednak bezwarunkową tolerancją inne wyznania. Władzę ustawodawczą miał sprawować dwuizbowy Sejm, w którym zmniejszono czytelnie rolę Senatu, zniesiono zrywające sejmy liberum veto, a decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów. Władzę wykonawczą przyznano królowi i Straży Praw, złożonej z prymasa i pięciu ministrów. Przekształcony miał zostać również system sądowy: celem stało się stworzenie sądów działających bez przerw.
Konstytucja, choć ułomna, była największym wspólnym osiągnięciem Polaków chcących ratować niepodległość. Niestety nic nie dała, weszła w życie za późno. Rok po jej uchwaleniu twórcy konfederacji targowickiej doprowadzili do rozbioru Polski.
Romantyczne zrywy i trud budowania
Trudno również nie zauważyć wielkiego romantycznego wysiłku tysięcy Polaków, którzy czynnie zaangażowali się w wielkie i nieszczęśliwe powstania XIX w. - listopadowe 1830 r. i styczniowe 1863 r. Listopadowa wojna przeciw Rosji trwała niemal rok, a jej główną przyczyną było zniesienie przez cara Aleksandra I wolności prasy i wprowadzenie cenzury prewencyjnej. Gdyby nie zbiorowy zryw podchorążych pod kierunkiem podporucznika Piotra Wysockiego, Polska nie spróbowałaby zerwać kajdan. Żołnierze wraz z uzbrojoną ludnością cywilną opanowali stolicę. W ten sposób spisek wojskowy przekształcił się w powstanie. Chociaż przez rok ludzie walczyli i czuli się wolni, ostatecznie listopadowa insurekcja upadła. Za jej przegranie odpowiadają nie tłumy Polaków, którzy niesieni wspólnym patriotycznym wysiłkiem walczyli do końca, ale niewierzący w możliwość pokonania Rosji przywódcy polityczni Adam Jerzy Czartoryski i Bonawentura Niemojewski, jak i nieskuteczni wojskowi, w tym generał Józef Chłopicki. Jednostki zawiodły w tym wypadku pociągnięte do działania masy. Podobnie zresztą było w przypadku powstania, które wybuchło 31 lat później, w styczniu 1863 r., ponownie przeciwko znienawidzonej Rosji. Jak podają encyklopedie, było ono największym polskim powstaniem narodowym, spotkało się z poparciem międzynarodowej opinii publicznej. Miało charakter wojny partyzanckiej, w której stoczono ok. 1,2 tys. bitew. Mimo wielu sukcesów ostatecznie zakończyło się klęską powstańców. Kilkadziesiąt tysięcy zostało zabitych w walkach, blisko tysiąc stracono (w tym na warszawskiej Cytadeli), a niemal 40 tys. skazano na wieloletni przymusowy pobyt na Syberii.
Być może gdyby nie ta sromotna i traumatyczna porażka, polski projekt państwowy pod hasłem II Rzeczypospolita nie miałby tak dużego znaczenia i nie smakowałby tak intensywnie. Państwo powołane dzięki wyjątkowej zgodności wszelkich możliwych sił politycznych, porozumieniom, które potem na tak poważną skalę nigdy już nie miały miejsca, a dodatkowo przy wykorzystaniu optymalnych warunków zewnętrznych, było efektem wysiłku polityków od lewa do prawa - a w każdej grupie roiło się wtedy niemalże od mężów stanu. Oni jednak tylko wyznaczali kierunki podążania Polski, motorem tej podróży ku rozwojowi po 123 latach zniewolenia fizycznego i psychicznego były miliony zwykłych Polaków, jak nigdy wcześniej przeświadczonych o konieczności poświęcenia części własnego ja na rzecz wspólnego my. Dlatego powiodło się tak dużo wielkich projektów II Rzeczypospolitej: port w Gdyni (chociaż polskie nabrzeże liczyło jedynie 149 km), Centralny Okręg Przemysłowy (z hutą w Stalowej Woli, zakładami sprzętu artyleryjskiego w Rzeszowie, fabryką amunicji w Kraśniku i broni w Sanoku oraz Państwowymi Zakładami Lotniczymi w Mielcu) czy budowa magistrali węglowej Katowice - Gdynia.
Wolne, po ponad wieku nieobecności na mapach, polskie państwo Niemcy i Rosjanie zabrali nam jednak dokładnie 21 lat po tym, jak udało nam się doprowadzić do jego restytucji. Przyszedł czas na kolejne zbiorowe wyzwanie. Jakkolwiek by oceniać zasadność wybuchu powstania warszawskiego 1 sierpnia 1944 r., trzeba przyznać, że było efektem jednolitych postaw. Oczywiście pojawiały się głosy sprzeciwu, na zimno i racjonalnie argumentujące, że taki bojowy zryw nie może się udać, że zginą tysiące ludzi, a efekt polityczny walk na ulicach stolicy będzie żaden. I rzeczywiście tak się stało - zginęło 200 tys. ludzi, a heroiczno-romantyczna postawa walczących nie zatrzymała najpierw dywanowych nalotów niemieckich bombowców, które zamieniły Warszawę w gruzy, a potem radzieckiego walca, który w drodze na Berlin rozjechał resztę Polski. Być może jednak ten patriotyzm wspólnoty stał się stabilnym fundamentem oporu, z jakim mieliśmy do czynienia - w różnym nasileniu, ale zwykle na dużą skalę - w poszczególnych okresach PRL. Jego emanacją był najpierw inteligencki i niszowy Komitet Obrony Robotników, a potem masowa, 10-milionowa "Solidarność" z jej ideałami wspólnego, pokojowego protestu przeciw dyktaturze komunistycznej nomenklatury. "Solidarność" była fenomenem na skalę światową. Powstała jako związek zawodowy, który miał cele skrajnie apolityczne - obronę robotników Gdańska przed negatywnymi rozwiązaniami pracowniczymi forsowanymi przez ówczesne władze. Stała się jednak rakietą, dzięki której Polska wystrzeliła w kosmos opresyjny system polityczny. Czy gdyby nie wspólny, często nadludzki wysiłek milionów Polaków zaangażowanych w tworzenie struktur, drukowanie nielegalnych wydawnictw, pomoc prześladowanym przez Służbę Bezpieczeństwa - aberracyjną emanację tamtych czasów, czy gdyby nie papieskie "jeden i drugi", możliwe byłyby Okrągły Stół, rozwiązanie PZPR, upadek muru berlińskiego i zastąpienie ZSRR Wspólnotą Niepodległych Państw? Żadne z tych wydarzeń nie mogłoby mieć miejsca. A jeśli już, to znacznie, znacznie później.
W tym kontekście nie można również pominąć wydarzeń, których rocznicę będziemy obchodzić w najbliższych dniach. 10 lat temu po raz pierwszy legalnie, w ramach w pełni uzasadnionej formalnej procedury na maszty urzędów państwowych wciągnięto flagi UE. Było to możliwe, bo Polska po wypełnieniu dziesiątek tysięcy procedur trwających kilkanaście lat weszła na salony Europy, stała się równoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Efekty? Jak podaje Wikipedia, "do 2017 r. Polska ma być największym kwotowo odbiorcą unijnych dotacji spośród wszystkich członków przyjętych w 2004 r. W latach 2007-2011 z europejskich funduszy dostaliśmy więcej pieniędzy, niż wpłaciliśmy do budżetu Unii. Łącznie w tym czasie mieliśmy do wykorzystania ok. 60 mld euro, czyli około 212 mld zł. To więcej niż roczne wydatki budżetowe w ostatnich latach (2007-2012)". Dodatkowo otwarcie unijnych rynków pracy dla Polaków (jako pierwsze zdecydowały się na ten ruch Wielka Brytania oraz Irlandia) przyczyniło się do spadku bezrobocia, które w niektórych powiatach sięgało nawet 40 proc. Rodacy pracujący za granicą przysłali do Polski dotąd około 22 mld zł. Na polskiej obecności w UE skorzystały wsie (rolnicy otrzymują dopłaty bezpośrednie do każdego hektara ziemi) oraz samorządy (w niektórych ponad 70 proc. kosztów inwestycji w ostatnich 10 latach sfinansowała UE).
Wolny rynek wymazuje społeczeństwo
- Za decyzją o wejściu do Unii - przypomnijmy, że w referendum propozycję tę poparło ponad 70 proc. głosujących, czyli 13,5 mln Polaków, a przeciw było 3,9 mln - stało specyficzne skrzyżowanie naszych motywacji - wspomina dr Rafał Chwedoruk z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. - Z jednej strony były one górnolotnie aksjologiczne, z drugiej merkantylno-prywatne - dodaje.
Ta pierwsza grupa objawiała się podświadomą potrzebą przynależności do łacińskiego kręgu kulturowego, symbolizowanego przez stare narody Europy, np. Anglików lub Francuzów. Ta druga łączyła się z upodobaniami bardziej przyziemnymi, czyli mówiąc wprost, potrzebą szybkiego bogacenia się, kolekcjonowania indywidualnych dóbr, a z czasem majątków.
- Niestety coś takiego jak polska wspólnota już nie istnieje. Stworzyły ją najważniejsze polskie daty - 1791, 1918, 1980 i 1989. Dzisiaj nie widać żadnej innej, która zdefiniowałaby nas na nowo, scementowała nasze patrzenie w jednym kierunku. Wolny rynek zlikwidował w Polsce społeczeństwo jako grupę bądź grupy ludzi zdolnych do podejmowania zbiorowych wyzwań. Żadnych nowych zbiorczych działań nie będzie - twierdzi ekspert.
Globalizacja jedynie podsyca ten trend. Polska nowa klasa średnia w dużym stopniu żyje i jeszcze przez lata będzie żyć w oparciu o światopogląd, który ją zdefiniował w latach 90., czyli jak mówi dr Chwedoruk, "w paradygmacie ilości, a nie jakości". Jednostkowy materializm będzie dominującym kryterium rzeczywistości, bo wciąż jesteśmy na dorobku. A ewentualny postmaterializm będzie miał jedynie charakter marginalny, wyspowy.
Na pocieszenie pozostaje nam to, że ostatni wspólny projekt wciąż cieszy się wielkim powodzeniem. Jak ustaliło w 2013 r. CBOS, pozytywny stosunek do członkostwa Polski w UE dominuje we wszystkich grupach społeczno-demograficznych. Poziom poparcia dla obecności naszego kraju w Unii zależy w głównej mierze od wykształcenia: im wyższe, tym akceptacja członkostwa we Wspólnocie częstsza. Najwyższe poparcie notuje się wśród osób z wyższym wykształceniem (89 proc.), a ponadto wśród badanych o miesięcznych dochodach na głowę powyżej 1,5 tys. zł (81 proc.). Mimo kryzysu w strefie euro trwającego z różnym nasileniem już pięć lat, wciąż ponad połowa Polaków (54 proc.) pozytywnie ocenia efekty integracji dla naszego kraju. O ile w lutym 2004 r., trzy miesiące przed akcesją, aż 38 proc. z nas uważało, że wejście Polski do UE przyniesie nam więcej strat niż korzyści, tak później liczba niezadowolonych była kilkakrotnie niższa i w latach 2007-2011 sięgała najwyżej 15 proc.
Robert Schuman, dwukrotny premier Francji, uznawany za jednego z ojców zjednoczonej Europy w 1950 r., powiedział tak: "Europa nie powstanie od razu ani w całości. Będzie powstawała przez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność". Polacy już zastąpili solidarność polską europejską.
Solidarność, wspólnota, zbiorowość - tylko pod tymi znakami udawało się nam osiągać rzeczy wielkie. Po raz ostatni w maju 2004 r., kiedy ostatecznie wróciliśmy do Europy
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.000002200.803.jpg@RY2@
reprodukcja FoKa/Forum
Ustawa Rządowa, czyli Konstytucja 3 maja, uchwalona w 1791 r. przez Sejm Czteroletni, była efektem wygranej zbiorowości nad jednostką
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu