Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Skarb Państwa jest łaskawy, bo sięga do cudzej kieszeni

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 36 minut

Obsługa spraw z urzędu przynosi kancelariom wymierne straty. I nie ma na to sposobu, bo rządzą przymus i matematyczne wyliczenie

Bardzo dobrze, że "Prawnik" podjął tak istotną problematykę, jaką są stawki minimalne za czynności radców prawnych i adwokatów. Kwestia ta bowiem od lat jest skwapliwie pomijana w dyskusji nad reformą wymiaru sprawiedliwości. Czyżby był to temat wstydliwy? Dla profesjonalnych prawników, którzy na co dzień spotykają się z tym, napiszę wprost, koszmarem, wcale nie jest on wstydliwy. Jest niezwykłej wprost wagi.

Oczywiście w przestrzeni publicznej utarło się, że sprawa zarobków pełnomocników jest "niepolityczna". Kiedy jednak słyszę w mediach narzekanie posłów na to, że ich zarobki od lat nie uległy zmianie i należy je dostosować do rynkowych realiów, to myślę sobie, że nadszedł właściwy czas, by postawić również zagadnienie stawek minimalnych na porządku dziennym.

I nie chodzi o to, że zrównuję - nawet mentalnie - kwestie zarobków parlamentarzystów i radców prawnych oraz adwokatów, jednak wydaje mi się, że jeśli już polscy parlamentarzyści przełamali psychologiczne tabu związane z ich poborami, to również my, prawnicy, nie powinniśmy się obawiać i głośno zacznijmy się upominać o zwykłą ludzką sprawiedliwość. Właśnie bowiem o sprawiedliwość tu chodzi. Paradoksem jest tu przy tym fakt, że profesjonalni prawnicy stanowiący istotną część wymiaru sprawiedliwości muszą się jej sami domagać.

Stawki minimalne to nic innego, jak cennik, według którego Skarb Państwa płaci radcom prawnym i adwokatom za ich usługi świadczone na rzecz obywateli, którym wcześniej wspaniałomyślnie ten sam Skarb Państwa przyznał prawnika z urzędu, bo powiedzieli, że są na tyle ubodzy, iż nie jest ich stać na wynajęcie prawnika na rynku. Mamy wówczas do czynienia z lekką schizofrenią. Z jednej strony Skarb Państwa uprawia swoistą pomoc publiczną i interwencjonizm, wspomagając z publicznych środków ubogich (którzy nawiasem mówiąc, często wcale nie są ubodzy, ale są na tyle cwani, aby ubiegać się o prawników z urzędu), wedle ustalonych przez tenże Skarb Państwa kryteriów, które są zupełnie nierynkowe, angażując do tej publicznej pomocy profesjonalnych prawników, którzy działają wedle stawek rynkowych, ale płacąc im z budżetu tyle, ile Skarb Państwa uzna za stosowne, czyli tyle, ile wskazano w rozporządzeniu.

Paradoks tej niezbyt zdrowej sytuacji jest potęgowany dodatkowo przez fakt, który w publicznej dyskusji zdaje się umykać - prawnicy wyznaczeni na pełnomocników z urzędu nie mogą co do zasady uchylić się od tego "zaszczytu", i to nawet wówczas, gdy wiedzą, że za kilkuletni proces z wymianą pism, przesłuchiwaniem świadków, kilkunastoma rozprawami, na które często trzeba dojechać kilkadziesiąt kilometrów, setką telefonów i spotkaniami z klientem, który ma swoje pomysły na sprawę i "wymaga od mecenasa, bo sąd mu go dał", dostaną z budżetu 60 zł brutto, czyli 40,99 zł do ręki (sic!).

Gdyby natomiast świadczyli pomoc na rzecz klienta, z którym umówili się bez przymusu i pośrednictwa Skarbu Państwa i który to klient zapłaciłby im z własnej kieszeni, to za to samo zaangażowanie dostaliby od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Wykonawcą woli Skarbu Państwa jest co prawda w tym wypadku sędzia, bo to on przydziela pełnomocników ubogim i wynagradza radców prawnych i adwokatów, zasądzając im koszty, ale wszyscy wiemy, że sędzia działa w granicach prawa, to zaś ustalają nasi przedstawiciele w Sejmie oraz inni wykonawcy prawa - urzędnicy.

Jak widać, zatem państwo polskie dość specyficznie gospodaruje pomocą prawną: dba o to, aby było jak najwięcej prawników, aby móc ich pod przymusem przydzielić rzeszy biednych tułających się po sądach (innym tej pomocy odmawia, na dodatek na podstawie dość uznaniowych kryteriów, dochodząc do wniosku, że są zbyt bogaci), a następnie płaci tym prawnikom z budżetu państwa według sztywnego cennika.

A może należałoby rozpocząć akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa i rozważyć w ramach struktur samorządów zawodowych radców prawnych i adwokatów, czy nie ignorować wezwań sądów do wyznaczania pełnomocników z urzędu? Może wówczas sądy zaczęłyby szukać profesjonalnej pomocy na rynku według stawek tam panujących? To nie jest nawoływanie, a jedynie trzeźwy osąd rzeczywistości.

Składają się na nią takie oto sytuacje, dodam, że prawdziwe: radca prawny zatrudniony na etacie jest wyznaczony do sprawy z urzędu; wcale tego nie chce, ale chcąc uniknąć przykrych dla siebie konsekwencji zawodowych, godzi się na to. Następnie po kilku latach procesu zasądzana jest mu kwota 180 zł brutto. Wcale nie chce jej odbierać i nawet gotowy jest złożyć oświadczenie przekazujące kwotę na Skarb Państwa albo inny szczytny cel lub zawierające zrzeczenie się tej kwoty, ale otrzymuje informację, że jeśli nie dopełni formalności umożliwiających wypłatę, to do urzędu skarbowego wpłynie doniesienie, że ukrywa dochody, a ponadto jego rzecznik dyscyplinarny zostanie zawiadomiony, że postępuje nieetycznie. Zmuszony przez okoliczności bierze dzień urlopu i udaje się do odpowiedniej komórki sądu, aby odebrać zasądzoną mu kwotę. Jakież jest jego zdziwienie, gdy dowiaduje się, że w tym celu musi wystawić fakturę! Ale jak to, skoro nie prowadzi działalności?

Nic nie szkodzi. Musi na potrzeby tej poważnej wypłaty zrejestrować się jako płatnik VAT, a następnie wystawić fakturę. Trochę się w tym gubi, bo na co dzień nie zajmuje się podatkami, ale sprawami rodzinnymi. Idzie więc do radcy prawnego biegłego w sprawach podatków. Ten informuje go o konieczności zapłaty za rejestrację na potrzeby VAT kilkuset złotych i takiej samej kwoty za wyrejestrowanie się z VAT po wystawieniu jednorazowej faktury, ponadto alarmuje nieszczęśnika, że w celu uniknięcia odpowiedzialności karnoskarbowej musi złożyć do urzędu skarbowego czynny żal, bo faktura zostanie wystawiona za późno, a następnie podejmuje się prowadzenia sprawy po kosztach i inkasuje od "szczęśliwca" obdarzonego przez sąd sprawą z urzędu kwotę 800 zł netto.

Wszystko kończy się pomyślnie, ale radca prawny zaangażowany w system pomocy państwa dla najbiedniejszych sam jest biedniejszy o ok. 1500 zł i 2 dni urlopu wypoczynkowego, który chciał poświęcić na sprawy rodzinne, a nie na załatwianie formalności związanych z niechcianymi pieniędzmi. Nikt mu też nie zwróci za czas poświęcony na sprawę, wysyłkę pism, dojazdy do sądu i na spotkania z klientem, telefony do niego i urlop, który brał na rozprawy, bo przecież pracodawca nikogo nie wypuści z pracy, aby załatwiał sprawy sądowe, które nie są przez niego zlecone. Ktoś powie, że na biednego nie trafiło. Ale akurat w tym przypadku klient korzystający z dobrodziejstwa pomocy z urzędu podjeżdżał pod sąd nowym luksusowym autem, radca prawny zaś, który prowadził jego sprawę poruszał się - i to nie z własnej woli - metrem i tramwajem.

Wyłania się z tego dość jednoznaczny przekaz - koszty obsługi administracyjnej (znaczki pocztowe, benzyna, opłaty za parking, bilety komunikacji, rachunki za telefon, koszty materiałów biurowych) większości spraw z urzędu przekraczają, czasami bardzo znacznie, kwoty, które za te sprawy płaci w swej łaskawości Skarb Państwa. Tego typu sprawy przynoszą kancelariom wymierne straty finansowe. I nie ma na to sposobu, bo rządzą przymus i matematyczne wyliczenie.

Czas zatem tę nienormalną sytuację zmienić. Decydenci powinni zrozumieć, że droga do właściwie funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości wiedzie poprzez wprowadzenie normalnych, czytelnych i sprawiedliwych reguł dla wszystkich w nim poruszających się. Nie tylko dla klientów, sędziów, prokuratorów, ale również dla radców prawnych. To ważne, by ten problem zauważać, a nie udawać, że nic się nie stało i my (czyli profesjonalni prawnicy) sami sobie z tym jakoś poradzimy.

Jakoś już było. Czas by zaczęło być po prostu normalnie.

A może należałoby rozpocząć akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa i rozważyć, czy nie ignorować wezwań do wyznaczania pełnomocników z urzędu? Może wówczas sądy zaczęłyby szukać profesjonalnej pomocy na rynku według stawek tam panujących?

@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.07000070a.803.jpg@RY2@

Arkadiusz Koper radca prawny, wicedziekan rady OIRP w Warszawie

Arkadiusz Koper

radca prawny, wicedziekan rady OIRP w Warszawie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.