Innowacja? Zmieńmy siebie, nie gospodarkę
Od jakiegoś czasu wszyscy mówią o innowacyjności. Z reguły są to apele polityków, abyśmy wreszcie stali się innowacyjni, a przede wszystkim aby innowacyjna stała się nasza gospodarka. We wszystkich statystykach wypadamy pod tym względem fatalnie. Pojawia się pytanie o przyczyny tego stanu rzeczy. Z reguły sięga się do uwarunkowań o charakterze psychologicznym: albo nasi przedsiębiorcy boją się ryzyka, albo też w naszej (polskiej) naturze leży raczej imitacyjność niż kreatywność.
Niewiele jest pogłębionych analiz problematyki innowacyjności, które brałyby pod uwagę jej uwarunkowania systemowe. Przez te ostatnie rozumiem wpływ na nią ogólnego kontekstu ekonomicznego oraz społecznego. Kontekst ów ma dużo większe znaczenie w uwalnianiu potencjału innowacyjności niż jakiekolwiek czynniki o charakterze historycznym czy psychologicznym. Chodzi przede wszystkim o to, że innowacyjność pojawia się w tych gospodarkach, w których jest ona opłacalna i w których istnieje wyraźne zapotrzebowanie na nowe produkty. Musi zatem istnieć mechanizm wysysania innowacyjności z rejonów, gdzie ona powstaje (szkoły wyższe, laboratoria, sale wystawowe). Jego pojawienie się jest niewątpliwie związane z dojściem systemu rynkowego do postaci, w której promocja innowacyjnych produktów staje się znacznie bardziej opłacalna niż inne, prostsze i mniej ryzykowne metody osiągania zysku.
Owe inne metody to przede wszystkim manipulowanie czasem pracy oraz wynagrodzeniem pracowników. Jeśli praca jest tania, albowiem istnieje na nią gigantyczne zapotrzebowanie związane z bardzo wysoką stopą bezrobocia, a nadto nie występują żadne instytucjonalne, społeczne czy kulturowe bariery zapobiegające wyzyskowi na wielką skalę, zysk można uzyskać w sposób stosunkowo łatwy: wystarczy pracownikom płacić znacznie mniej, niż wynosi suma wartości ekonomicznych przez nich wytwarzanych (znacznie poniżej ich faktycznej produktywności). Nie potrzeba wtedy wymyślać niczego nowego, wprowadzać żadnych ryzykownych innowacji, wystarczy dbać o to, aby produkować cokolwiek, co znajdzie zbyt, i to produkować w taki sposób, aby uzyskiwać wysoką rentę wynikającą z różnicy pomiędzy swoim wkładem własnym (finansowym i materiałowym) a bardzo niskimi kosztami pracy pracowników.
Zmierzam do tego, że dopóki praca w Polsce będzie tak śmiesznie tania w porównaniu z najbardziej innowacyjnymi krajami świata, nie ma żadnych szans na to, aby polska gospodarka stała się innowacyjna. Jeśli tak jak to jest obecnie w naszym kraju, produktywność polskich pracowników sięga dwóch trzecich produktywności pracowników zatrudnionych na Zachodzie, zaś zarobki zaledwie jednej trzeciej ich zarobków, nie ma żadnych bodźców, aby z kimkolwiek konkurować innowacyjnymi produktami. Wystarczy zadowolić się wyzyskiem pracowników, aby znakomicie prosperować. Szczególnie jeśli w grę wchodzi eksport, w którym polska tania praca w połączeniu z cenami zachodnimi prowadzi do osiągania bajecznych zysków. W tej sytuacji widać już wyraźnie, że owa tania praca, która na krótką metę przyniosła nam pewien sukces ekonomiczny, staje się obecnie naszym przekleństwem i główną barierą na drodze przejścia polskiej gospodarki od stanu peryferyjnego do stanu co najmniej półperyferyjnego. Zatem w interesie naszej przyszłości, w tym - paradoksalnie - samych przedsiębiorców, leży znaczne podniesienie płac w Polsce, albowiem tylko ono może wymusić na przedsiębiorcach sięgnięcie po narzędzia innowacyjności celem osiągnięcia zysków, nie dzięki chwilowej przewadze konkurencyjnej wynikającej z wykorzystania taniej siły roboczej, ale dzięki trwałemu dysponowaniu rozwiązaniami technicznymi czy organizacyjnymi lepszymi niż inne. Bez tego nasze strukturalne utknięcie na peryferiach będzie się utrwalać i na stale uzyskamy status kraju odgrywającego rolę zarezerwowaną w międzynarodowym podziale pracy dla krajów Trzeciego Świata.
Trzeba sobie jednak powiedzieć uczciwe, że nie ma żadnych powodów, aby spodziewać się jakiejś erupcji innowacyjności w sektorze prywatnym nawet wtedy, gdy praca stanie się względnie droga. Praca nad nowymi wynalazkami jest bardzo żmudna i wymaga sporych nakładów, a rezultaty nigdy nie są pewne. Dlatego też to z reguły państwo bierze na siebie ciężar inicjowania działań mających na celu pojawienie się jakichś nowych rozwiązań technologicznych. W przypadku gospodarek takich jak amerykańska jest to często działalność w laboratoriach pracujących na cele wojskowe, z których, z reguły dopiero po wielu latach, rozwiązania technologiczne przenikają do przemysłów cywilnych. W przypadku państw takich jak Japonia czy Korea Południowa państwo steruje całym procesem od inicjowania innowacji techniczno-technologicznych aż do wdrożenia ich w firmach stanowiących własność państwa bądź znajdujących się pod jego pośrednią kontrolą.
Jak na tym tle wygląda sytuacja Polski? Marnie. Nasza gospodarka zdominowana jest przez firmy zagraniczne, które mają centra innowacyjności poza granicami naszego kraju i przekazują do filii polskich jedynie know-how, często skądinąd odnoszące się do produktów nie najnowocześniejszych. Sektor gospodarki zależny od państwa jest bardzo ograniczony. Nadto wciąż istnieją plany jego prywatyzacji, co powoduje, że angażowanie się państwa w jego unowocześnianie jest ze względów strategicznych wątpliwe. Z kolei nawet gdyby państwo znacznie podniosło dzisiejsze żenująco niskie nakłady na naukę, mielibyśmy kłopot z wykorzystaniem rezultatów prac naukowców z powodów wymienionych powyżej: słabości naszego sektora przedsiębiorstw prywatnych, dominacji korporacji zagranicznych w gospodarce i braku jasnej strategii dla państwowego sektora gospodarczego. Co w tej sytuacji należałoby zrobić? Stwarzać warunki dla konieczności zainteresowania się przedsiębiorców innowacyjnością przez presję na podnoszenie pensji oraz uznanie pewnych sektorów za trwale związane z państwem i potraktowanie ich jako obszaru, z którego może wyjść impet do radykalnych zmian w strukturze naszej gospodarki, przejścia od jej formy peryferyjnej do formy półperyferyjnej. Oznaczałoby to powtórzenie azjatyckiej drogi rozwoju gospodarczego i radykalne odejście od ideologii neoliberalnej, w myśl której rynek jest doskonałym i w pełni samowystarczalnym mechanizmem pożądanych zmian gospodarczych. Tylko związanie nauki z państwowym sektorem gospodarki może nam przynieść pożądane rezultaty. Tym bardziej że w Polsce de facto nie funkcjonuje venture capital, czyli prywatne fundusze, które wykorzystuje się w celach finansowania ryzykowanych przedsięwzięć innowacyjnych. W naszych warunkach może go zastąpić jedynie państwo.
Niezwykle istotną sprawą jest także to, że gospodarka nie jest układem izolowanym. Realizuje się ona w szerszym kontekście społecznym, który w sposób istotny na nią wpływa. Trudno spodziewać się innowacyjnej gospodarki w nieinnowacyjnym społeczeństwie. To znaczy takim, które jest wciąż zapatrzone w swoją przeszłość, homogeniczne etnicznie i wyznaniowo, źle nastawione do obcych, konserwatywne i niezbyt tolerancyjne, ceniące przede wszystkim tradycję i święty spokój. W nauce zgromadzono już całą masę argumentów, które wskazują na to, że nic tak nie służy innowacyjności jak zderzenie odmienności, tolerancja wobec osób ekstrawaganckich, gotowych do eksperymentowania ze swoim życiem, odważnych i nastawionych krytycznie wobec status quo (do uznania ich roli w zbiorowym procesie uczenia się przez wynajdywanie tego, co nowe, namawiał już wielki angielski filozof liberalny John Stuart Mill). Nie przypadkiem znany kanadyjski socjolog Richard Florida w swoich słynnych pracach poświęconych narodzinom klasy kreatywnej wskazuje na korelacje pomiędzy bohemian-gay index, czyli liczbą gejów oraz artystów w danej społeczności i ich statusem społecznym, a innowacyjnością danego miejsca i środowiska. Nie przypadkiem też uważa się, że wielki sukces takich gospodarek jak amerykańska oraz takich miejsc jak Dolina Krzemowa wynika w dużej mierze z różnorodności etnicznej, kulturowej i każdej innej pracujących tam ludzi (czasem mówi się, że najprostszy sposób na wymyślenie czegoś nowego to zgromadzić w jednym pokoju ludzi o odmiennych korzeniach etnicznych oraz odmiennych przekonaniach i kazać im ze sobą rozmawiać). Ogromne znaczenie ma także sposób edukacji, to, czy w jej toku promuje się nonkonformizm i gotowość do krytyki, czy też konformizm i konieczność akceptacji status quo. Łatwo zauważyć, iż w każdym z wymienionych powyżej aspektów innowacyjności środowiska wypadamy źle albo bardzo źle. Jeśli zatem mamy stać się innowacyjni, musimy przede wszystkim zmienić siebie, nie tylko nasze sposoby myślenia o gospodarce, ale nasze sposoby myślenia o dobrym życiu i dobrym społeczeństwie.
@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.00000270a.802.jpg@RY2@
Andrzej Szahaj profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki
Andrzej Szahaj
profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu