Podkopywanie państw narodowych
Na tle licznych już opracowań zmierzających do obniżania roli państw narodowych w gospodarce i polityce artykuł Marcina Króla "Państwa narodowe słabną, nadzieja w samorządzie" (DGP, 28.01.2014) wyróżnia się ładunkiem psychologicznym. Autor włącza bowiem do jego treści osobiste impresje i intencje, nie tając nadziei, że staną się one zaraźliwe. Ich prezentację ubiera w formę fantazyjną, aby nie rodziło się wrażenie, że w ogóle chodzi mu o jakieś podkopywanie instytucji w sferze funkcjonowania państwa, czyli zmniejszania obszarów działalności dostarczającej chleba powszedniego m.in. dla prawników. Artykuł kończy się jednak postulatem zastąpienia państw gminami, co jest nie do przyjęcia.
Punktem wyjścia dla Króla są, jak sam je nazywa, marzenia o tym, że państwa narodowe będą teraz samoczynnie kurczyły się w związku z modernistycznymi nastrojami społeczeństw, napędzanych modą i propagowanymi wzorcami odrzucającymi tradycyjne obyczaje i wspólnotowe powinności. Skoro państwa słabną, więc niechaj nie przeciwstawiają się tym naturalnym swoim skłonnościom i niech pozwalają na dalszą utratę sił, aż do całkowitego uwolnienia się społeczeństw od stwarzanych im przez aparat państwowy obciążeń uznawanych za zbędne.
Wśród marzeń autora znajdują się też jego oczekiwania, że do takiego celu mogą, i powinny, prowadzić procesy integracji międzynarodowej, a ściślej biorąc, ponadnarodowej. Organy wspólne powinny się stawać coraz mniej zainteresowane i coraz mniej skuteczne w wykonywaniu swoich scentralizowanych funkcji i powinny też słabnąć w wyniku deregulacji i powierzania ludziom na dole coraz więcej uprawnień, bo tego wymaga demokracja. Właśnie ona jest wybranym przez Króla spośród utrwalonych historycznie idei dominującym czynnikiem kształtowania swej przyszłości przez ludzkość.
"Przyszłość państw narodowych - pisze autor - zależy jednak od tego, na co politycy będą stawiali: na centralizację czy na lokalność. W kulturze społecznej (i nawet gastronomicznej) lokalność jest coraz wyżej ceniona, także w Polsce. (...) Lokalność bowiem sprzyja, również cenionej we współczesnej kulturze, różnorodności i rozmaitości. A to sery z Korycina, a to oscypki, a to kindziuk z Podlasia". Walory lokalne wzmacniają też wymieniane przez autora, niewielkie teatry, zespoły muzyczne i wernisaże. "Wszystko to są skarby, których utracić nie wolno" - nawołuje Król, przygotowując grunt pod konkluzje na rzecz przewagi lokalności nad państwowością.
Aby jednak nie rodziło się podejrzenie, że autor jest zbyt zdecydowanym przeciwnikiem państwa, uspokaja, że "zapewne państwo narodowe będzie trwało jeszcze siłą rozpędu wiele dziesięcioleci". Jednakże przed tym łaskawym przypuszczeniem rozprawia się z samym pojęciem państwowca, wyznając, iż tego "...terminu nie rozumiem i zrozumieć się go nie da". Trudności w rozumieniu pojęcia państwowca nie mieli jednak autorzy słowników polskich i zagranicznych, a zwłaszcza wobec jego odpowiednika angielskiego statesman. Król nie wyjaśnia, co mu przeszkadza w rozumieniu tego terminu, ale można przypuszczać, że chyba powszechnie stwierdzana samodegradacja pojęcia polityk, w przeszłości utożsamianego z państwowcem, a obecnie bywającego też często antypaństwowcem, a od takiego pojęcia Król również ucieka, chociaż pewnie je rozumie.
Pod koniec artykułu autor powołuje się na pogląd występujący w literaturze, że "państwo narodowe musi mieć trzy rzeczy: własną walutę, własne znaczki pocztowe oraz własne wojsko". Uznając te rzeczy za podstawowe atrybuty państwa, stwierdza jednocześnie, że atrybuty te "państwo narodowe powoli traci". Zaskakuje zaś czytelnika hipotezą własnego pomysłu, że państwo narodowe jest niezbędne tylko do prowadzenia wojen, a skoro w Europie "takich konfliktów nie ma i nic ich nie zapowiada", logiczny byłby wniosek, że państwa są zbędne. Ale oczywiście, autor woli taki wniosek owinąć w bawełnę i pisze: "Może więc warto sobie darować tych wszystkich polityków, którzy tylko nas przygnębiają, na rzecz prawdziwych przywódców ludowych, czyli demokratycznie wybranych radnych i wójtów lub burmistrzów?". Co to znaczy "darować sobie tych wszystkich polityków"? Oczywiście postulat ten oznacza wyrażoną implicite propozycję zrezygnowania z rządów i innych instytucji państwowych, które nie mogą funkcjonować bez polityki i polityków. Zdaniem Króla wystarczą samorządy gminne i miejskie. Do tego można dodać zarzut, że autor niepotrzebnie zrezygnował ze wzmocnienia strojami ludowymi swej tezy o przewadze lokalności nad państwowością.
Naturalnie, dla radykalnych zwolenników ideologii libertarianizmu państwo nie jest potrzebne nawet do obrony terytorium przed najeźdźcami. Autor artykułu nie pragnął jednak wyraźnie opowiedzieć się za taką ideologią. Jednak uznawana przez niego demokracja wymaga, aby naród jako całość był zorganizowany i potrafił zwalczać patologie w działalności państwa. Doświadczenia narodów bezpaństwowych i zdanych tylko na gminy lub inne grupowe samorządy wskazują na potrzebę doceniania państw narodowych, a nie ich likwidacji.
@RY1@i02/2014/024/i02.2014.024.00000040c.802.jpg@RY2@
Marian Guzek profesor ekonomii Uczelni Łazarskiego w Warszawie
Marian Guzek
profesor ekonomii Uczelni Łazarskiego w Warszawie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu