Próżna nauka biznesu
W liceum miałem przedmiot, który nazywał się przedsiębiorczość. Przez rok jedna godzina w tygodniu była poświęcona wspólnemu rozwiązywaniu z sąsiadem z ławki supełków umieszczonych na sznurku i budowaniu mostów z papieru. Do dziś nie jestem pewien, czemu to miało służyć, zresztą nie tylko program zajęć na tym przedmiocie był dziwny. Oto bowiem w tajniki przedsiębiorczości wprowadzała nas pani od geografii, która z przedsiębiorczością jako taką nie miała kompletnie nic wspólnego.
Przypomina to trochę sytuację w akademickich inkubatorach przedsiębiorczości. Kierują nimi ludzie, którzy nie mają wielkiego doświadczenia biznesowego. Porównanie tego stanu rzeczy z najlepszymi akademickimi inkubatorami w Europie wypada słabo. Takie miejsca jak irlandzki NDRC, szwedzki STING czy fiński Startup Sauna zakładali i na co dzień pracują w nich ludzie z bogatym doświadczeniem w biznesie. Są wśród nich właściciele firm (niektórzy zakładali ich po kilka), byli pracownicy szczebla zarządzającego międzynarodowych koncernów, a także osoby, które same zajmują się inwestowaniem w obiecujące firmy.
Jest różnica między byłym "egzekiem" z Ericssona a właścicielem studia kręcącego wesela. Nie znaczy to, że nasze inkubatory przedsiębiorczości należy potępiać w czambuł. Jednak jeśli naprawdę mają pomagać początkującym przedsiębiorcom, muszą zapewnić im kontakt z weteranami biznesu.
Jakub Kapiszewski
dziennikarz działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu