Co ma polski liberalizm pod podszewką?
Mamy w Polsce wiele kategorii liberałów uprawiających liberalizm w życiu publicznym. W mediach są wymieniani: prorynkowi ortodoksi, arcyliberalni ekonomiści, twardzi liberałowie, nawet "liberalni aż do bólu" - jak o sobie i całej redakcji "Rzeczpospolitej" mawiał jej były naczelny Paweł Lisicki. A wszystkim przewodzi apostoł liberalizmu Leszek Balcerowicz. Czy może więc dziwić to, że w Polsce występuje kompletny brak neoliberałów? Może.
Od kiedy bagaż ideologiczny przyczepiony do mainstreamu ekonomii zaczął w latach 80. stopniowo rozsadzać ją od środka, podobało się to coraz bardziej w Polsce i prawie na całym świecie. Na taki rezultat wpływał nie tylko urok osobisty Miltona Friedmana i głoszona przez niego zniewalająca moc rynku, lecz także to, iż nowy prąd pochodził z czołowych środowisk akademickich USA. W Polsce utarł się zwyczaj medialny sugerujący, że nasi liberałowie przyswoili jakiś dodatkowy składnik liberalizmu, którym nie należy się chwalić, a nawet go wyraźnie odsłaniać. Można sądzić, że to dlatego, iż składnik ten zawiera regułę zalecającą bezwzględne działania wobec państwa w celu wyłączania go z gospodarki.
Po przesunięciu państwa do sfery pozagospodarczej reguła wymaga natomiast dodania mu na pewien czas dużo siły do utrzymywania niskiej aktywności związków oraz niskiego poziomu wydatków socjalnych. Oba te czynniki wymuszają wzrost wydatków państwa i utrwalają niepotrzebnie jego funkcjonowanie w sferze gospodarczej. U podłoża powyższej reguły znajduje się - podobnie jak w każdej obliczonej na pozyskanie masowego poparcia ideologii - założenie, że w trakcie jej wdrażania narodzi się inny człowiek. W naszym przypadku jednostka ludzka, zanim zostanie wyzwolona od władzy państwa, musi odzwyczaić się od jego opiekuńczości i wyrobić w sobie akceptację dla zasady, że powinna radzić sobie sama w warunkach obniżanej roli wspólnot, zwłaszcza narodowej i rodzinnej. Jednostka ma się też przygotować na zanikającą emeryturę, bo państwo nie będzie miało warunków do utrzymywania jej poziomu. W domyśle można sądzić, że ta słabość państwa ma związek z eliminowaniem lub redukowaniem jego funkcji, czemu towarzyszy jednak fikcyjne zapewnianie społeczeństwa o rzekomych możliwościach dłuższego zatrudnienia zamiast informowania o rzeczywistej chęci pozbycia się tradycyjnej polityki walki z bezrobociem i odstępowania od zaciągniętych przez państwo wobec minionych pokoleń zobowiązań emerytalnych po uprzednim pobieraniu od nich składek na ten cel.
Jak widać, jest co zasłaniać przed opinią publiczną kosztem szpecenia liberalizmu i sugerowania fałszywego poglądu, że niewidzialna ręka rynku oznacza u Adama Smitha całkowite usunięcie regulacji państwa wobec rynków, w tym także wobec działalności banków prywatnych. Wprawdzie usiłowanie przekonania naszych orłów zniekształconego liberalizmu do tego, że ma on pod podszewką niepożądaną dla społeczeństwa ideologię, jest zabiegiem raczej beznadziejnym, jednakże milczenie w tej sprawie obniża skuteczność ambitnych diagnoz publicystycznych dotyczących polityki gospodarczej i procesu transformacji ustrojowej. Pouczającym przykładem takich diagnoz są dwa artykuły redaktora Rafała Wosia (DGP, 20-26 grudnia 2013 r.).
"Żywot szczęśliwego rentiera" zawiera biograficzne elementy działalności byłego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, lecz są one przedstawione na tle obszerniejszych analiz rozwoju polskiej gospodarki. Autor stwierdza m.in., że w czasie realizacji "twardej terapii szokowej (...) nie było żadnych posunięć w dziedzinie polityki społecznej, które mogłyby pomóc obywatelom w przetrwaniu tego trudnego czasu". Negatywnie wypowiada się też o ważnych zmianach dotyczących funkcjonowania gospodarki: "przekształceniom własnościowym w czasach rządu liberałów towarzyszył wielki bałagan (...), narażający Skarb Państwa na znaczące straty".
Po tych trafnych spostrzeżeniach autor mógłby dokonać głębszej analizy, gdyby uwzględnił fakt, że plan Balcerowicza był sporządzony z udziałem Jeffreya Sachsa z Uniwersytetu Harvarda, transmitującego do nas doktrynę Hayeka-Friedmana, mającą charakter antypaństwowy, antyzwiązkowy i antysocjalny. Gdyby Woś tak postąpił, nie musiałby w swoim wywodzie obciążać przesadnie J.K. Bieleckiego odpowiedzialnością za zaprogramowane przez Sachsa i Balcerowicza właściwości naszego nowego ustroju ze słabym państwem i z bezwzględną polityką społeczną. Nawet premier musiał uważać za swój obowiązek okazywanie respektu dla tworzonego poza nim nowego ustroju. Woś miał potencjalną sposobność, aby stwierdzić, że to właśnie te cechy nowego ustroju sprzyjały polityce "liberałów-aferałów", jak nazywa on cały ówczesny rząd sterowany w sprawach gospodarczych przez Balcerowicza jako wicepremiera i ministra finansów.
Należy więc zauważyć, że redaktor Woś doznał skutków nieścisłości i zafałszowań w polskiej ekonomii oficjalnej, uznającej neoliberalizm za nurt ekonomii, który do Polski nie dotarł, więc można o nim nie mówić. Trzeba też współczuć mocno zbuntowanemu przeciwko ekonomii i polityce publicyście, który w cytowanym artykule ani nie użył nazwy neoliberalizmu, ani nie wymienił z nazwiska żadnego neoliberała, nazywając ich na różne sposoby - choć z wyczuwalną dozą ironii - "liberałami super" lub wprost "liberałami-aferałami". W obu przypadkach jest jednak kompromitowane samo pojęcie liberalizmu zamiast neoliberalizmu.
W tym samym numerze DGP znalazł się drugi artykuł Wosia adresowany do ekonomistów uprawiających ten przedmiot jako naukę. Trzeba przyznać, że jest to artykuł inspirujący, a nawet prowokujący wobec środowisk akademickich. W artykule "Ekonomia, nauka nieścisła" Woś nie zajmuje się bezpośrednio Polską, lecz ekonomią w ogóle, co ułatwia mu uwzględnienie neoliberalizmu, który uznaje za nurt myśli ekonomicznej konkurencyjny wobec keynesizmu. Istotę neoliberalizmu ogranicza jednak niesłusznie do trzech - zresztą nie najważniejszych w tej ideologii - zasad: "deregulacji, prywatyzacji i prymatu nieomylnego rynku". Te dwie pierwsze są nieodłącznymi cechami liberalizmu klasycznego, a i trzecia może się w nim zmieścić, jeśli założyć, że prymat nie oznacza wyłączenia państwa z gospodarki, lecz dominację rynków nad państwem w działalności gospodarczej, przy zachowaniu jego regulacji wobec rynków, w tym sektora bankowego, w zakresie uznawanym za niezbędny przez Smitha. Jedynie "nieomylność" rozumiana jako zdolność do samoregulacji całej gospodarki będącej zbiorem rynków, a nie indywidualnego rynku, może być uznana za - nieprawdziwy zresztą - dogmat neoliberalizmu. O to ograniczenie pojęcia omawianej ideologii, jak i pominięcie nazwisk głównych twórców neoliberalizmu nie należy jednak mieć do Wosia pretensji, gdyż taka postawa jest typowa dla USA i całego Zachodu, nie tylko w dziennikarstwie, lecz także w publicystyce naukowej.
Pierwszy z sugerowanych sposobów neutralizowania nieścisłości nauki ekonomii jest nie do przyjęcia. Zakłada on, że skoro ekonomia nie należy do grupy nauk ścisłych, a jest nauką społeczną, to uprawnione jest uznawanie jej za nieścisłą. Uwzględnionym przez autora kryterium wyodrębnienia nauk ścisłych (matematyka, fizyka) jest laboratoryjna weryfikowalność twierdzeń. Brak takiej weryfikowalności nie oznacza, że nie można uwzględniać szerszego kryterium, mianowicie weryfikowalności logicznej twierdzeń naukowych, wymagającego ścisłości od wszelkich nauk. Ekonomia jako nauka musi być także ścisła, a że w praktyce nie jest, to jedynie objaw jej wadliwości. Identyfikacją przyczyn tej wadliwości powinny się zająć głównie osoby uważane za zawodowych naukowców. Skoro oficjalne instytucje państwowe i rynkowe prezentują głównie poglądy osób niesłusznie uważanych za fachowych naukowców, podczas gdy są fachowcami od ideologii wywołującej wadliwości nauk ekonomicznych, a wśród nich finansowych, to problem nie tylko naukowy, lecz także polityczny i społeczny.
Druga propozycja neutralizowania słusznie wytykanej przez Wosia nieścisłości ekonomii, głównie jako zbioru opinii o polityce i praktyce gospodarczej, rozumiana jako metoda debaty nielekceważącej nawet uznawanych już za poglądy przebrzmiałe lub ewidentnie wadliwe, jest postulatem, z którym można się zgodzić. Jeśli jednak postawić sobie za cel dociekanie prawdy naukowej i usiłowanie zbudowania na użytek praktyki racjonalnej doktryny polityki gospodarczej, rezultat takiej działalności nie może stanowić połączonych w jeden zbiór sprzecznych ze sobą koncepcji. Omawiany artykuł Wosia nie odnosi się bezpośrednio do celu identyfikowania prawdy naukowej, ale może być traktowany jako rodzaj apelu do środowisk naukowych, aby nie grzęzły w sferze nieracjonalnych oczekiwań wobec wyidealizowanego mechanizmu gospodarki rynkowej jako całości, lecz dostrzegły praprzyczynę przedłużającego się kryzysu napędzanego szkodliwą ideologią neoliberalną.
Marian Guzek
profesor ekonomii Uczelni Łazarskiego w Warszawie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu