Dekalog się kruszy
Nie ma co, żyjemy w ciekawych czasach. Oto na naszych oczach chwieje się konsensus waszyngtoński. Co ja mówię? "Chwieje"? On się po prostu wali. I to nie pod ciosami z zewnątrz. Rozbierają go - cegła po cegle - ci, którzy mieli stać na jego straży.
Przypomnijmy. Konsensus waszyngtoński to coś jakby 10 przykazań neoliberalnego świata. Za ich kodyfikatora uchodzi angielski ekonomista John Williamson, bo to on ukuł na jednej z konferencji pojęcie konsensusu. Ale oczywiście nie jemu ten ekonomiczny dekalog zawdzięczał swoją nośność. Tylko temu, że przez dobrych 20-30 lat bardzo specyficzne wskazówki były traktowane jako powszechnie obowiązująca instrukcja obsługi do zbudowania "dobrej gospodarki". Swoją siłę i autorytet konsensus zawdzięczał Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu. I dlatego właśnie był on "waszyngtoński". Bo przecież siedziba MFW to amerykańska stolica.
Znaczenie konsensusu polegało na tym, że nie była to kolejna genialna strategia rozwoju, której w praktyce żaden polityk w całości nie zastosuje. Było dokładnie odwrotnie. Waszyngtoński dekalog wprowadzono w wersji niemal jeden do jednego w szeregu krajów peryferyjnych. Od Ameryki Łacińskiej po Europę Środkowo-Wschodnią. Nie wierzycie? To prześledźcie sobie te przykazania: Nie będziesz utrzymywał wysokiego poziomu długu publicznego do PKB; Najlepsze podatki to proste podatki; Będziesz liberalizował handel międzynarodowy; Szanuj inwestycje zagraniczne jak siebie samego; Sprywatyzujesz przedsiębiorstwa państwowe; Najlepszy rynek to rynek zderegulowany. Brzmi znajomo? No właśnie. A to dlatego, że Polska była w ostatnim 25-leciu jednym z prymusów konsensusu waszyngtońskiego. Czy wyszła na tym dobrze, pozostaje kwestią sporną.
W tym miejscu istotne jest jednak coś innego. Oto od kilku lat dzieją się rzeczy dziwne. Z Waszyngtonu napływają sygnały, które wierni wyznawcy konsensusu muszą traktować co najmniej jako herezję. A może nawet wyraz przygotowania do apostazji. Zaczęło się od raportu World Economic Outlook z 2012 r. Analitycy MFW pisali w nim, że wbrew wcześniejszym zapewnieniom polityka cięcia wydatków (tzw. austerity) jest jednak bardziej kosztowna, niż to się pierwotnie zdawało. Bo przynosi z sobą całą masę negatywnych konsekwencji. Takich jak na przykład czasowy spadek aktywności ekonomicznej ludności. Ten spadek sprawia z kolei, że trudniej jest spłacać zadłużenie. Które bywa, że zamiast maleć (taki był przecież cel austerity), rośnie. I jeżeli zareagujemy na to jeszcze głębszymi cięciami, to już jesteśmy w piekielnej spirali oszczędnościowo-zadłużeniowej, która wykrwawia społeczeństwo.
W latach 2013-2014 analitycy MFW zabrali się do kolejnego tabu. Powstało bowiem kilka tekstów (najsłynniejszy z nich autorstwa Andrew Berga i Jonathana Ostry’ego) dowodzących, że społeczeństwa, w których panuje wysoki poziom nierówności, notują słabsze wyniki ekonomiczne od tych bardziej egalitarnych. Autorzy tych tekstów argumentowali również, że nie da się w sposób kontrolowany dopuścić do wzrostu nierówności "na pewien czas". A potem - po zażegnaniu kryzysu - wrócić do normalności.
Bardziej prawdopodobne jest natomiast, że nierówności będą się dalej pogłębiać. Ergo osłabiać długookresowe wyniki ekonomiczne całej gospodarki. To był ton, którego próżno szukać w pierwotnym brzmieniu konsensusu waszyngtońskiego skłaniającego się do traktowania nierówności jako ceny, którą trzeba zapłacić za wysoką wydajność gospodarki.
Ostatnio (marzec 2015 r.) pojawiła się z kolei praca (autorstwa Florence Jaumotte i Caroliny Osorio Buitron) dowodząca bezpośredniego związku pomiędzy wzrostem poziomu nierówności a uelastycznieniem rynku pracy. I takimi zjawiskami jak spadek uzwiązkowienia. Znów nie był to kolejny nic nieznaczący raport, tylko zaprzeczenie kolejnemu z przykazań waszyngtońskiego dekalogu. Temu, które głosi, że "deregulacja rynku pracy to zawsze i wszędzie najbardziej prowzrostowa polityka gospodarcza". Dodajmy jeszcze na koniec, że gdzieś po drodze były raporty o negatywnych skutkach wolnych przepływów kapitałowych (listopad 2012 r.) i rehabilitacja inwestycji publicznych (rozdział 3. World Economic Outlook 2014).
Proszę zauważyć, że są to wyłącznie raporty samego Funduszu. Nie mówię tu o tekstach podważających konsensus waszyngtoński pisanych przez samotne think tanki czy pojedynczych akademików. Bo, powiedzmy sobie szczerze, ich wpływ na rzeczywistość jest mocno ograniczony. I nawet jak ma noblowskie nazwisko, to i tak pozostanie co najwyżej ciekawym głosem w dyskusji. Ale tu mówimy o rewolucji w samym MFW! A to już będzie miało znaczenie i zmieni kierunek debaty ekonomicznej na lata.
Już zmienia.
@RY1@i02/2015/074/i02.2015.074.000000200.101.gif@RY2@
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu