Sąd Najwyższy jak żona cesarza
Margaret Thatcher, brytyjska premier, słynęła nie tylko z mocnej ręki w rządzeniu. Również z kilku wybornych bon motów. Kiedyś np. stwierdziła, że "jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane - powierz to mężczyźnie. Jeśli chcesz, by zostało zrobione - powierz to kobiecie". Dziś patrząc na to, co wyrabia Sąd Najwyższy, pewnie powiedziałaby "jeśli chcesz, żeby coś zostało powiedziane - powierz to sądom. Ale jeżeli ma być zrobione - prawnikom". Bo skoro najlepsi wśród najlepszych w środowisku prawniczym przy pisaniu wniosku do Trybunału Konstytucyjnego korzystają z pomocy prywatnej kancelarii prawnej? Stan naszej elity intelektualnej jest aż tak słaby? Nie mam problemu z tym, że prywatne firmy konsultingowe przygotowują analizy, ekspertyzy i opinie dla rządu. To powszechna praktyka, chociaż kosztowna, ale stosowana przez wiele państw. Widocznie pracownicy biur prawnych szeroko pojętej administracji rządowej nie mają do tego odpowiednich środków, predyspozycji, a może po prostu czasu. Akceptuję to.
Ale trudno pogodzić się z myślą, że Sąd Najwyższy, w którym pracują pierwsi rycerze Temidy, nie jest w stanie samodzielnie przygotować wniosku do TK. Przecież za chwilę może rozstrzygać sprawy klientów kancelarii, z którą współpracuje. Na koniec norma, która powinna być zasadą: Sąd Najwyższy, jak żona cesarza, jest poza wszelkimi podejrzeniami.
@RY1@i02/2015/016/i02.2015.016.000000200.802.jpg@RY2@
Dominika Sikora zastępca redaktor naczelnej
Dominika Sikora
zastępca redaktor naczelnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu