Interdyscyplinarne do lamusa
No może nie koniec, ale początki końca. Dopóki dominowała teologia, a potem filozofia, nie było ani śladu idei, że interdyscyplinarne to dobre. Potem ludzi ogarnęła pasja do dzielenia nauk oraz uznawania nie-nauk za nauki. Największym szkodnikiem był francuski filozof Auguste Comte, który za naukę uznał nawet nauki polityczne i taki stan rzeczy pozostał do dzisiaj. Comte jednak, jak i inni pozytywiści, wierzył, że wszystko jest faktem, który da się dokładnie (naukowo!) opisać.
Być może daleko idąca specjalizacja była potrzebna ludziom w konkretnych czasach, kiedy życie, a zwłaszcza kapitalizm, wygrywały z nauką i trzeba było dowodzić tego, że nauka nie tylko jest potrzebna, ale że nie jest formą poetyzowania zmieniającego się świata. Toczono więc wielkie boje, a największy z nich - już wiemy, że przegrany - dotyczył tego, żeby odróżniać fakty od wartości.
Co pewien czas odzywał się głos roztropności i starano się przywrócić jedność ludzkiego myślenia i sens uniwersytetu. Co pewien czas pojawiali się myśliciele jak John Stuart Mill i niewielu innych, którzy potrafili pisać znakomicie o moralności, życiu publicznym, filozofii, logice i ekonomii, bo to stanowiło dla nich całość. Jednak to były wyjątki, a uniwersytetów przed inwazją nauki uratować się nie dało.
W ostatnich mniej więcej czterech dekadach pojawiło się w języku nauki i w języku życia publicznego nowe słowo i nowy postulat w nim zawarty, czyli "interdyscyplinarność". Kiedy uczestniczyłem w rozmaitych gremiach oceniających: od pracy magisterskiej po olbrzymie aplikacje o granty, coraz poważniejszym wskaźnikiem wysokiej jakości pracy lub projektu była właśnie owa przeklęta interdyscyplinarność. Już samo słowo jest tak ohydne, że powinno to wystarczyć, ale wciąż jeszcze niestety jest używane i zawsze z całkowicie pozytywną konotacją.
Co to znaczy: interdyscyplinarny? Tyle samo, co niezamknięty w sobie, czyli otwarty na złożoność świata oraz umiejący się w miarę swobodnie poruszać w różnych dziedzinach życia intelektualnego (czyli tak zwanej nauki, najczęściej humanistycznej lub podobnej). Filozof, jakim byłem i jestem, który tego nie umie, jest zwyczajnym cymbałem, bowiem przedmiotem jego dociekań jest świat, który złożony jest. Ale mimo to chwalono uczonych za łączenie wiedzy socjologicznej, historycznej i filozoficznej, a czasem i ekonomicznej, jakby to było Bóg wie co, a nie normalny stan rzeczy. Jeszcze większe zachwyty wzbudzał filozof, który czytał książki inne niż filozoficzne, na przykład Conrada czy Dostojewskiego. To już był interdyscyplinarysta całą gębą.
Teraz, kiedy myślę o nowym roku i latach następnych, zaczynam się cieszyć, bo miazmaty nauk pozytywistycznych, domniemanie, że humanistyka jest nauką i że studiowanie dziedzin niepolitechnicznych doprowadzi studenta do konkretnej wiedzy, mającej zastosowanie w pracy, powoli odchodzi w siną dal. Nawet nauki przyrodnicze stały się jednością i coraz bardziej rozumieją, że są bardzo blisko humanistyki i na odwrót. Następuje wielka klęska interdyscyplinarności, która staje się zbędna, skoro coraz lepiej na powrót wiemy, że nauka stanowi, a na pewno stanowić powinna jedność.
W Polsce oczywiście jak zawsze - poza tworzeniem gier komputerowych, czego nie lekceważę - wszystko jest spóźnione. Więc jeszcze mamy innowacyjność, aplikacje i interdyscyplinarność, ale ostrzegam - to już ostatnie lata tego sztucznego życia przy życiu. Świat wraca do filozoficznej normy i refleksja nad tym łez padołem będzie coraz bardziej szeroka, a może nawet dojdzie do tego, że niektórzy czasem, po cichutku i ze strachem zaczną z powrotem mówić o prawdzie, o prawdzie w jakimkolwiek jej rozumieniu. I tego państwu i sobie życzę w nowym roku.
@RY1@i02/2015/002/i02.2015.002.00000030c.802.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu