Po co mówić o rewolucjach, których nie będzie
W gazecie jest tylko jedna nudniejsza rzecz niż słaby felieton. To relacje z forów ekonomicznych, takich jak Davos czy Krynica, na których biznes spotyka się, pod płaszczykiem dyskusji o wielkich problemach współczesnego świata, by napić się wina i uprawiać tzw. networking. Wszystko, co najciekawsze, dzieje się tam wieczorem, poza kulisami, a w gazetach dostajemy tylko oficjalne deklaracje prezesów dużych firm i polityków na tzw. ważne tematy.
Czytam jednak pobieżnie te relacje, bo dają one szybki wgląd w to, co w danym momencie mówi się na salonach. Jedna rzecz, która mnie szczególnie dziwi, to jak mało miejsca poświęca się tam przyszłości. Tak - przyszłości. Biznes powinien patrzyć w przyszłość, a nie patrzy - przynajmniej oficjalnie. Główne tematy dyskusji to trendy, które przez ostatni rok dominowały w debacie ekonomicznej, a nie próba zidentyfikowania takich, które mogą być istotne w przyszłości. Tymczasem historia uczy, że duża część problemów, którymi zajmujemy się dziś, jutro może być nieistotna.
Dobry przykład to temat przemysłu 4.0 lub czwartej rewolucji przemysłowej, który pojawił się zarówno w Davos, jak i Krynicy. W Davos był nawet jednym z tematów przewodnich. Zjawisko polega na tym, że przemysł w coraz większym stopniu będzie się opierał na robotach i systemach IT, co zmusza firmy do przystosowania swoich operacji i strategii. Eksperci, konsultanci i media nadają temu zjawisku rewolucyjny charakter, nakręcając wśród firmy popyt na wiedzę. Ale czy rzeczywiście jest to temat istotny? Niedawno amerykański magazyn "Slate" przywołał wszystkie momenty z ostatnich 50 lat, kiedy mówiono o czwartej rewolucji przemysłowej. Dyskutowano o niej już w latach 40. XX w. w kontekście powstawania energii atomowej, później w latach 50. w związku z elektroniką, w latach 60. i 70. z perspektywy komputerów, a w latach 80. - informacji. Zmiany, które obserwujemy dziś, na pewno są bardzo istotne, wiele z nich ma ogromne znaczenie dla modeli biznesowych firm, ale jest wielce prawdopodobne, że nadawanie im znamion rewolucji to odgrzewanie starych kotletów dla celów marketingu. Nie będzie czwartej rewolucji przemysłowej, ona już była. Będzie coś innego. Ale co? Chętnie posłuchałbym hipotez.
Takich nakręcanych tematów jest więcej. Kolejny przykład to big data, czyli rosnące zdolności przetwarzania ogromnych zbiorów informacji. Zjawisko wydaje się bardzo istotne, bo może znacząco odmienić m.in. medycynę, finanse czy transport. Jednak większość dyskusji, o jakich czytam, toczy się wokół problemu, jak firmy będą mogły efektywniej zdobywać klientów. Czyli de facto chodzi o obniżenie kosztów marketingu. To raczej nie pchnie świata na nowe tory. Wiele mechanizmów do analiz wielkich zbiorów danych to stare narzędzia statystyczne opakowane w nowe formy i nazwy. Big data ma na pewno ogromny potencjał gospodarczy i społeczny, ale główny nurt opowiadania o tych zmianach zbyt często narzucany jest przez firmy doradcze, które inicjowanie debat traktują jako formę reklamy.
Wiele tematów, które są popularnym przedmiotem dyskusji, dotyka problemów naprawdę ważnych. Czy mamy do czynienia z odwróceniem procesów globalizacji? Czy Unia Europejska będzie się rozpadać? Czy mamy dobre narzędzia zapobiegania ociepleniu klimatu? Ale to, czego mi brakuje, to próba wybiegnięcia w przyszłość i zarysowania problemów, które mogą być ważne za kilka lat. Chciałbym zobaczyć dyskusję pt. "Co nie jest ważne dziś, ale będzie ważne jutro". Kilka lat temu znany chilijski ekonomista Ricardo Caballero pisał, że główny problem współczesnej ekonomii polega na tym, że zajmuje się ona dostrajaniem mainstreamowych modeli zamiast konstruować nowatorskie koncepcje. To samo widać często w oficjalnych dyskusjach biznesowych.
W filmie "Big Short" wśród głównych bohaterów jest dwóch młodych inwestorów, którzy szukają szans inwestycyjnych w tych obszarach, gdzie ryzyka są źle wycenione - czyli gdzie rynek nie dostrzega zagrożeń. To jest przykład myślenia, które próbuje ominąć dominujące trendy i narracje, skonfrontować się z nimi. Inny dobry przykład to coroczne "szokujące prognozy" Saxo Banku, czyli lista nieprawdopodobnych wydarzeń, które mogą mimo wszystko mieć miejsce. Te prognozy to trochę akcja marketingowa, ale ja je doceniam za wprowadzenie w obieg publiczny myślenia nietuzinkowego.
Są trzy ważne powody, dla których w debatach publicznych nie mówi się o hipotetycznych scenariuszach na przyszłość i nie stawia zbyt wielu nietuzinkowych tez.
Po pierwsze, ludzie lubią myślenie stadne. Dotyczy to zarówno anonimowych dyskutantów, jak i prominentnych ekspertów. To bardzo racjonalne zachowanie, ponieważ mądrość tłumu ma zwykle przewagę nad wiedzą każdego pojedynczego człowieka. Innymi słowy, mądrość tłumu jest zawodna, ale zdecydowana większość ludzi wypada gorzej w swoich ocenach (w praktyce przejawia się to np. tym, że 90 proc. analityków ekonomicznych czy finansowych ma prognozy gorsze niż konsensus). Po drugie, rysowanie nietuzinkowych scenariuszy dzieli bardzo cienka granica od taniego futuryzmu, na który słusznie spogląda się z przymrużeniem oka. Kiedyś pewna firma consultingowa publikowała prognozy wskazujące, że Polska w 2050 r. będzie jedną z najważniejszych potęg politycznych Europy. Szukali zapewne u nas klientów, bo trudno inaczej wyjaśnić tego typu brednie. Po trzecie, wreszcie, tworzenie nietuzinkowych prognoz kosztuje. George Soros wydał kilka milionów dolarów na analizy, zanim zaatakował funta w 1992 r. Podobnie robił John Paulson, zanim obstawił z dużym wyprzedzeniem krach rynku nieruchomości w USA. To dlatego nieoficjalne spotkania na forach biznesowych są najciekawsze, bo tam krążą prawdziwie przydatne informacje.
Zbigniew Herbert pisał, że z prądem płyną tylko śmiecie. Nie miał racji. Wsłuchiwanie się w głos tłumu to naturalna i bezpieczna strategia. Ale jeżeli chce się osiągnąć ponadprzeciętne rezultaty, w jakiejkolwiek dziedzinie, to lepiej iść naprzeciw tłumu. To stwarza naturalnie duże ryzyko, finansowe i reputacyjne. Ale osiąganie ponadprzeciętnych rezultatów wymaga z natury rzeczy podjęcia ponadprzeciętnego ryzyka i poniesienia dużych kosztów.
Tworzenie nietuzinkowych prognoz kosztuje. Soros wydał kilka milionów dolarów na analizy, nim zaatakował funta w 1992 r.
@RY1@i02/2016/176/i02.2016.176.00000140a.802.jpg@RY2@
Ignacy Morawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu