Nihil novi
Nadprodukując prawników, nawiązujemy obecnie do tradycji długiej i mocno utrwalonej
Czerwiec jest dla wykładowcy prawa miesiącem, który wygrywa na strunach jego duszy tony rozmaite. Trudno bowiem zachować obojętność wobec faktu, że oto dla większości studentów piątego roku nadszedł moment krańcowy w ich uniwersyteckiej egzystencji. Konwencjonalnym życzeniom opiewającym na wszystko, co najlepsze, kierowanym pod adresem uszczęśliwionego absolwenta, po raz setny odmieniającego w myślach własne personalia z dopiskiem "magister", towarzyszy bliżej niedefiniowalne pragnienie choćby chwilowego przeniknięcia tajemnicy czasu i poznania jego zawodowej przyszłości. Nie tylko wyrafinowany rachunek prawdopodobieństwa, ale i toporne działania proste dowodzą przecież niezbicie, że nie każdy, odnajduje swoje miejsce w życiu, wykonując profesję prawnika.
Tak było od "zawsze". Zdzisław Dębicki (1871-1931), absolwent wydziału prawa we Lwowie anno Domini 1898, zapamiętał charakterystyczny szczegół: "Kto pamięta ówczesne stosunki w Galicji, wie, jak wyglądała rzeczywistość. Przyczyna tego tkwiła w nadmiernem parciu młodzieży galicyjskiej do uniwersytetów. I w Krakowie, i we Lwowie, nawet w Czerniowcach, było przepełnienie. Zwłaszcza wydział prawny, jako droga do kariery biurokratycznej, liczył słuchaczów na tysiące. Rozsadziliby oni mury starego uniwersytetu przy ul. Mikołajskiej, gdyby chcieli wszyscy bywać na wykładach! Pragnienie zdobycia quand meme wyższego wykształcenia utożsamiało się tutaj z pragnieniem chleba. W kraju o bardzo gęstem zaludnieniu, gdzie nie było przemysłu ani handlu na większą skalę, (...) jedyną perspektywą osiągnięcia jakiego takiego bytu, (...) - był urząd". Brzmi znajomo? A jakże! Ciekawe, co autor niniejszej relacji powiedziałby na temat zawodowych perspektyw współczesnych studentów administracji i europeistyki.
Sytuacja bynajmniej nie uległa zmianie w okresie międzywojennym. "Uniwersytet Warszawski - pisał Czesław Miłosz (1911-2004) - w każdym razie oglądany ze strony prawa, przedstawił mi się jako inferno zupełne. (...) Przede wszystkim te niezliczone tłumy! Nie wiem, jak to odbiera dzisiaj student, który przychodzi na uniwersytet, jak ta tłumność na niego działa, ale na Uniwersytecie Warszawskim do niczego nie można się było wtedy dopchać, do żadnego okienka". Brzmi jak najbardziej znajomo!
Marne pocieszenie (ale jednak!) niech stanowi to, że z podobnymi problemami borykała się prawnicza brać chociażby w gloryfikowanej nad Wisłą XIX-wiecznej Francji. Wzięty prawnik i dziennikarz, Émile Gigault de La Bédolliere (1812-1883), w eseju "Les Français peints par eux-memes" (Francuzów obraz własny) gorzko konstatował: "Większość nigdy nie postawiła stopy w Pałacu Sprawiedliwości. Niektórzy zostali notariuszami, radcami prawnymi albo komornikami; reszta rozproszyła się do innych zawodów. Agent handlowy negocjujący kupno i sprzedaż resztek inwentarza - jest dyplomowanym prawnikiem. Ten »romantyczny odtwórca głównej roli« w teatrzyku dla hołoty włóczącym się po prowincji - jest dyplomowanym prawnikiem. Tamten skryba obracający w kółko komplementy wierszem i prozą dla pomywaczek - jest dyplomowanym prawnikiem. Ów dramaturg, który pichci widowiska dla teatru pani Saqui, składał prawniczą przysięgę". Następnie de La Bédolliere dodaje, że wszyscy oni stracili lata "na rzekomym studiowaniu prawa, w którym pozostali doskonałymi ignorantami". To, zdaje się, niestety również brzmi znajomo...
Nihil novi sub sole. Nadprodukując prawników, nawiązujemy obecnie do tradycji długiej i mocno utrwalonej. Spoglądając w rozjaśnioną twarz tegorocznego absolwenta wydziału prawa mojej uczelni, po raz kolejny zapytam w duchu: "Quo vadis?". Jaką drogą poprowadzą cię Mojry, trzy upiorne siostry, córki Zeusa i Temidy, które dwadzieścia kilka temu ujęły Twój los swe rachityczne dłonie? Kto wie, może uda ci się jakoś wymościć sobie miejsce w zawodzie? Może być jednak i tak - o czym trzy staruchy już wiedzą - że trzeba będzie poszukać chleba gdzie indziej. Kto wie, może zostaniesz nietuzinkowym literatem, wziętym dziennikarzem, wnikliwym krytykiem, jak tylu kolegów po fachu przed tobą? A może będzie jeszcze inaczej? Może czeka cię los tragiczny i na nasze nieszczęście staniesz się politykiem? Nie tylko przecież wyrafinowany rachunek prawdopodobieństwa, ale i toporne działania proste dowodzą niezbicie, że...
@RY1@i02/2016/113/i02.2016.113.07000070a.803.jpg@RY2@
GETTY IMAGES
@RY1@i02/2016/113/i02.2016.113.07000070a.804.jpg@RY2@
MATERIAŁY PRASOWE
dr hab. Maciej Jońca
prawnik i historyk sztuki, adiunkt w Katedrze Prawa Rzymskiego KUL
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu