Gdy zacietrzewienie i brutalność zastępują umiar
Po roku 1945 powszechna była wrogość i podejrzliwość wobec Niemców. Zastanawiano się, czy aby - po okresie okupacji Niemiec - nie nastąpi nawrót do polityki zbrojeń i przygotowań do kolejnej wojny. Niechęć i podejrzliwość budziła też Italia - państwo Mussoliniego, kolebka faszyzmu. Z tych okoliczności zdawali sobie doskonale sprawę przywódcy rządów obu tych państw - Konrad Adenauer i Alcide de Gasperi. Dlatego też z entuzjazmem odnieśli się oni do propozycji francuskiego ministra spraw zagranicznych Roberta Schumana i jego bliskiego współpracownika Jeana Monneta dotyczących powojennej europejskiej współpracy gospodarczej.
Propozycje te poparli też przywódcy trzech małych i blisko współpracujących ze sobą państw: Belgii, Holandii i Luksemburga. W lipcu 1952 r. powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali (EWWiS) - pierwsza organizacja integracyjna. Jej głównym organem wykonawczym była Wysoka Władza (High Authority), której przedstawiciele m.in. mieli prawo kontrolowania przedsiębiorstw przemysłów - hutniczego i węglowego - we wszystkich państwach członkowskich. Wspólnota miała duże znaczenie gospodarcze - sprzyjała wzrostowi wydobycia węgla i produkcji wyrobów hutniczych w państwach zniszczonych przez wojnę. Równocześnie - jak to sformułowano w traktacie założycielskim - zmierzała do zastąpienia historycznych europejskich rywalizacji przez "fuzję wspólnych interesów". Przyczyniła się też do wzrostu zaufania pomiędzy niedawnymi wrogami. Godny podkreślenia jest fakt, że w przyjętych w 1957 r. dokumentach ustanawiających dalsze organizacje integracyjne - Europejską Wspólnotę Gospodarczą (EWG) i Europejską Wspólnotę Energii Atomowej (Euratom), uprawnienia międzynarodowych organów wykonawczych nie były aż tak wielkie jak w przypadku EWWiS, chociaż skutecznie zapobiegały one dominacji Niemiec.
W tamtych czasach liczni niemieccy nacjonaliści - wbrew ograniczeniom, jakie procesy integracyjne stwarzały dla samodzielności Niemiec - nie przeciwstawiali się tym procesom. Widzieli w nich bowiem pewną szansę realizacji sformułowanej w XIX w. doktryny gospodarki wielkiego obszaru. Zgodnie z nią Niemcy w skali międzynarodowej miałyby stanowić przemysłowo-finansowe centrum, a państwa Europy Środkowej i Wschodniej - surowcowo-rolnicze zaplecze oraz rezerwuar taniej siły roboczej. W odróżnieniu od nacjonalistów zwolennicy współzależności państw w integrującej się Europie obawiali się niebezpieczeństwa związanego z dynamicznym rozwojem gospodarki Niemiec. Kanclerz Helmut Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła, a sami Niemcy - też.
Kiedy w latach 70. XX w. niemiecka marka stawała się walutą dominującą w Europie, kanclerz Schmidt i prezydent Valery Giscard d’Estaing zainicjowali utworzenie Europejskiego Systemu Walutowego, na który składały się trzy elementy: europejska jednostka walutowa (ECU), mechanizm kursów walutowych i system kredytowy. Każda waluta narodowa państwa należącego do Systemu była w tzw. koszyku ECU. O zmianie kursu podstawowego decydowali wszyscy uczestnicy Systemu. Jak wiadomo, ECU z czasem przekształciła się w euro. We współczesnej Unii Europejskiej istnieje stabilizujący stosunki międzynarodowe stopień współzależności ograniczający zakres niezależności. Proporcje pomiędzy współzależnością a niezależnością to jeden z kluczowych problemów naszych czasów.
W aktualnych polskich dyskusjach i publikacjach ujawnia się niepokojąca i szkodliwa dla naszej racji stanu wrogość wobec Unii. Trudności i zagrożenia w funkcjonowaniu Unii przyjmowane są często z sadystyczną satysfakcją. Zacietrzewienie i brutalność zastępują rzeczowość, umiar i poczucie proporcji. Występuje też niedocenianie niebezpiecznych zjawisk politycznych występujących na Węgrzech. Narastające w tym państwie tendencje w kierunku podważenia układu z Trianon z 1920 r. i ustanowienia "Wielkich Węgier" wywołują zrozumiałe zaniepokojenie na Słowacji i w Rumunii. Istnieje groźba powrotu klimatu politycznego, w którym mogą odżywać skłonności do rewizji terytorialnych. Skłonności te byłyby szczególnie niebezpieczne w przypadku dojścia do władzy w Niemczech partii i organizacji skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych. Gdyby Unia rozpadła się, moglibyśmy usłyszeć głosy nawołujące do powrotu Szczecina, Wrocławia i Gdańska do Niemiec. Nie sądzę, aby ktoś domagał się powrotu do Niemiec obwodu kaliningradzkiego.
Po pierwsze - współcześni niemieccy nacjonaliści nawiązują raczej do prorosyjskiego Bismarcka niż do Hitlera i nie chcą antagonizować Rosji. Po drugie - w uchwałach poczdamskich jest poparcie USA i Wielkiej Brytanii dla przynależności tego obwodu do Rosji. Również w przypadku utrzymania się w Niemczech systemu demokracji liberalnej rozpad lub radykalne osłabienie Unii byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Przedstawiciele potężnych Niemiec mogliby negocjować kolejno z poszczególnym państwami i wykorzystywać swą przewagę. Na forum instytucji unijnych pozycja negocjacyjna występujących wspólnie partnerów Niemiec jest znacznie silniejsza.
@RY1@i02/2016/043/i02.2016.043.000001200.802.jpg@RY2@
Andrzej Wilk
nauczyciel akademicki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu