Agonia czy tylko kryzys wieku średniego
Wielki Kanion - trudno słowami oddać zachwyt, gdy się go zobaczy. Już sama możliwość obejrzenia tego cudu przyrody czyni podróż do USA doświadczeniem niezapomnianym. A zwiedzając historyczne (przyznaję, że "historyczny" jest tu pojęciem względnym) górnicze miasta Virginia i Nevada w stanie Montana, można poczuć się jak statysta w westernie, zaś jadąc słynną drogą Route 66 - stać się częścią american dream.
To tylko część atrakcji, których doświadczyłem podczas 10 tys. km podróży po tym kraju. Byłem w gwarnym Seattle - mieście Boeinga, Microsoftu i Amazona; w Portland - największej metropolii Oregonu, w którym znajduje się więcej mikrobowarów niż w jakimkolwiek innym mieście na świecie oraz siedziba Intela (tworzenie komputerowych chipów ewidentnie wzmaga u inżynierów pragnienie); w Los Angeles - gdzie mieści się centrum światowego przemysłu rozrywkowego oraz ma siedziby wiele firm technologicznych, o których pewnie nigdy nie słyszeliście; i nareszcie - w kosmopolitycznym San Francisco z jego Doliną Krzemową i takimi gigantami jak Google oraz Facebook.
Ameryka stała przede mną otworem, gotowa, żebym ją poznawał i podziwiał. Właśnie - podziwiał. Bo to jedyne supermocarstwo świata. A gdy już zacząłem podróż, to nie mogłem porzucić jednej myśli: czyż nie można było powiedzieć tego samego o antycznym Rzymie i imperium brytyjskim tuż przed ich upadkami?
Przemierzając samochodem kolejne mile, odwiedzając miasta i miasteczka oraz parki narodowe (w których rodzinny bilet roczny kosztuje zaledwie 80 dol., co jest najlepszą ofertą turystyczną na całym świecie), zastanawiałem się. Czy nie wyczuwam rozkładu? Czy nie oglądam schyłku imperium? Całkiem możliwe, że na tok moich myśli miało wpływ niedawne przeczytanie na nowo pierwszej trylogii Isaaca Asimova ("Fundacja"). To opis upadku imperium galaktycznego, który dawał się poznać po takich szczegółach jak nienaprawione migające światło na ważnym budynku, brak inwestycji w infrastrukturę lub niepłacenie podatków.
O, właśnie podatki. Zastanówmy się nad nimi. Odraza do ich płacenia jest w USA prawie chorobliwym uczuciem, codziennie potęgowanym przez archaiczny system podatków pośrednich. Cena, którą widzisz na towarze, nigdy nie jest tą, którą rzeczywiście musisz zapłacić, bo podatek jest naliczany dopiero przy kasie. W Europie mamy system VAT, o wiele mniej podatny na zagrania polityczne. Ponadto w Stanach naciski różnych lobby gwarantują, że najbogatsi może nie tyle unikają płacenia danin, ile brzemię podatkowe jest dla nich wyjątkowo mało dotkliwe. Warren Buffett, jeden z najbogatszych ludzi globu, zauważył kiedyś, że płaci niższą stawkę niż jego sekretarka. Tak nierównomiernego rozłożenia podatków i nierównej dystrybucji bogactwa nie da się utrzymać w dłuższej perspektywie, zwłaszcza w nominalnie demokratycznym państwie, jakim są USA. Wybór intelektualnie niekompetentnego, wyróżniającego się tylko wojowniczą retoryką kandydata na prezydenta nie był przypadkowy. To była ewidentna odpowiedź na niezdolność poprzednich administracji do rozwiązania podstawowych problemów kraju. Oczywiście, wbrew oczekiwaniom, proponowane przez Donalda Trumpa zmiany w podatkach mają jeszcze bardziej chronić bogatych i możnych i tylko pogłębią problemy, z którymi zmagają się Stany Zjednoczone.
XIX-wieczny niemiecki ekonomista Adolph Wagner już dawno temu dowiódł w sformułowanym przez siebie prawie wzrostu wydatków publicznych, że w miarę rozwoju społeczeństwa państwo bierze na siebie więcej zobowiązań, co z definicji oznacza wzrost udziału wydatków publicznych w PKB. Jednak USA próbują iść w przeciwnym kierunku - obniżenia podatków i ograniczenia administracji (wyjątkiem są, oczywiście, straż graniczna i wojsko). Widać to dobrze po słabej infrastrukturze i braku inwestycji ze strony lokalnych władz. Przytoczę dwa przykłady. Byłem na miejskim basenie w San Pedro, zamożnym przedmieściu Los Angeles. Basen był duży, prawdopodobnie zbudowany w latach 60. lub 70. ubiegłego wieku, ale betonowa podłoga i rozpadające się szafki przywodziły na myśl państwa postsowieckie, a autostrady dookoła Los Angeles zdawały się prześcigać w tym, która pomieści najwięcej śmieci. Co więcej, w państwie, które stworzyło internet, w wielu miejscach nie ma dostępu do tej podstawowej usługi, np. w parku Yellowstone, odwiedzanym co roku przez 5 mln osób (sądząc po ruchu, ci wszyscy ludzie przyjechali tam tego samego dnia co ja).
Podczas mojej pierwszej podróży do USA przed laty, a jeszcze bardziej w czasie ostatniej uderzyły mnie bieda i ubóstwo w miastach, w których tworzy się tak potężne bogactwo. Aforyzm ekonomisty Johna Kennetha Galbraitha o "prywatnym bogactwie i publicznej nędzy", za pomocą którego opisywał amerykańskie społeczeństwo, jest teraz bliższy prawdy niż kiedykolwiek. Nie jest to skrajna bieda, którą można zobaczyć w Indiach lub w Afryce, ale razi jeszcze bardziej, bo ma się świadomość, jak bogate jest to społeczeństwo w ujęciu realnym.
Sześciopasmowe autostrady i dość agresywny styl prowadzenia samochodów w Los Angeles trochę nas przerażał, dlatego postanowiliśmy oszczędzić sobie stresu - zmieniliśmy ustawienia w nawigacji i wjeżdżaliśmy do centrum miasta przez stare przedmieścia, podobnie było w Seattle i San Francisco. Jako Europejczycy nie baliśmy się zapuszczać w dzielnice, o których amerykańska klasa średnia wolałaby zapomnieć. Widzieliśmy osiedla pełne ludzi niepełnosprawnych umysłowo, kalek i chorych, ulice z rzędami prowizorycznych namiotów bezdomnych. Nigdy w życiu nie widziałem tylu osób na wózkach inwalidzkich - ewidentnie potrzebujących pomocy społecznej, której prawdopodobnie nigdy nie dostaną, i co najsmutniejsze, której nawet się nie spodziewają, bo nie jest to zgodne z obowiązującą ideologią. Hasło "Uczyńmy Amerykę wielką" porusza czułą strunę zarówno w kalekach żebrzących na ulicach San Francisco, jak i w ludziach ledwo wiążących koniec z końcem w przyczepach campingowych w głębi stanu Wyoming. Widziałem ten slogan na wielu ubogich domostwach, mieszkańcy których mają tyle samo szans kiedykolwiek znaleźć się w Trump Tower, co polecieć na Księżyc. Jeśli sądzicie, że Ameryka to same drogie wille i luksusowe mieszkania, mylicie się. To w większości proste drewniane domy kostki, które różnią się od siebie nie bardziej niż burgery w fast foodzie.
Dobrym przykładem kontrastów amerykańskiego społeczeństwa są centra dużych miast. Przypominają aktorkę, niegdyś piękną, ale już niemłodą, steraną życiem i z licznymi brakami w uzębieniu. Miejsca owych brakujących zębów, ubytków, zajmują parkingi. Tymczasem elegancka zabudowa lat 30. i 50. XX w. powoli niszczeje, zamożni mieszkańcy stopniowo przenoszą się na dalekie przedmieścia, a ich miejsce zajmują biedni. Czasami można natrafić na perełkę architektoniczną, jak hala koncertowa Walt Disney Concert Hall w Los Angeles z jej wznoszącymi się ku górze stalowymi łukami. Ale ten cud architektury sąsiaduje ze szpetnym, wyasfaltowanym parkingiem, od którego zaczyna się Broadway. Kiedyś to była tętniąca życiem dzielnica luksusowych butików, kultury i rozrywki, po której zostało smętne wspomnienie w postaci tanich sklepów i zamkniętych teatrów. Jako Londyńczyk nie mogę sobie wyobrazić, by władze miasta na tyle zaniedbały Soho, Piccadilly Circus lub Bond Street (a Nowy Świat w Warszawie). Dominującym wspomnieniem z centrów wielkich amerykańskich miast jest też smród moczu, świadczący o braku podstawowych udogodnień i liczbie tłoczących się tam społecznie wykluczonych osób. Teraz wiem, skąd Hollywood bierze postapokaliptyczne wizje: reżyserzy po prostu wychodzą ze swoich luksusowych willi w Beverly Hills i jadą do centrum.
Statystyki niestety potwierdzają moje odczucia. Amerykański ekonomista Peter Diamond, laureat Nagrody Nobla w 2010 r., na spotkaniu noblistów w niemieckim Lindau, które skupiło się na nierównościach społecznych, wspominał swoją pracę analizującą czynniki wzrostu nierówności w USA. Stany Zjednoczone stanowią jaskrawy przykład rosnących nierówności w wielu obszarach, w tym dochodów, majątku, biedy i mobilności społecznej. Praca Diamonda pokazuje stagnację wynagrodzeń większości społeczeństwa, kurczenie się klasy średniej, dramatyczny wzrost nierówności majątkowej, znaczący spadek mobilności społecznej, cięcia wydatków publicznych oraz wydatków na badania i rozwój. Jeśli sytuacja się nie poprawi, wszystko to nieuchronnie doprowadzi do utraty amerykańskiego marzenia i upadku USA. Dowody tego upadku są widoczne gołym okiem.
Trzeba oczywiście pamiętać o efekcie potwierdzenia - błędzie poznawczym, który każe nam widzieć to, co chcemy zobaczyć. Człowiek, który zna statystyki, szuka ich potwierdzenia w otaczającej rzeczywistości. Wybór na prezydenta Donalda Trumpa i wzrost popularności ruchów neonazistowskich również ma wpływ na postrzeganie świata, choć musimy też pamiętać, że istnienie skrajnej prawicy w USA nie jest niczym nowym, przecież w latach 30. ojciec przyszłego prezydenta J.F. Kennedy’ego popierał Hitlera, a w całym kraju panoszył się Ku Klux Klan.
W USA jest dynamika, której brakuje w Europie. Raz zatrzymałem się w domu młodego małżeństwa, on pracował nad tworzeniem pojazdów autonomicznych - wynalazkiem mogącym zrewolucjonizować nasze życie i funkcjonowanie miast. Firma, w której pracuje ten młody człowiek, uosabia duch przedsiębiorczości. Ale tu również widać potencjalny powód upadku. Ten inżynier został ściągnięty z Meksyku i pracuje z ludźmi z różnych krajów. Potęga i bogactwo USA od początku były tworzone dzięki imigrantom. A teraz Stany chcą zamknąć granice i na własne życzenie odciąć się od źródła swojej potęgi.
Po raz pierwszy odwiedziłem dzielnicę Mission District w San Francisco kilka lat temu. Wtedy było to gwarne miejsce, gdzie mieszkała duża część latynoskiej społeczności miasta. Tym razem wyczuwało się zobojętnienie, uliczny gwar ucichł, a charakterystyczne dla dzielnicy kolorowe murale zaczęły się łuszczyć. W niektórych barach owszem, można było spotkać złotą młodzież z pobliskiej Doliny Krzemowej, ale zmiany były oczywiste. Ograniczenie imigracji odciska swoje piętno.
Może nie jest aż tak źle, może USA przeżywają tylko kryzys wieku średniego. Z pozytywnych oznak można wymienić planowaną legalizację marihuany. Ameryka powoli wycofuje się ze zgubnej walki z narkotykami, która w zasadzie była walką z własnymi obywatelami. Młodzi przedsiębiorcy już zacierają ręce, o czym pisał niedawno Adam Thomson na czołówce "Financial Times". Sam widziałem, jak ta decyzja pomaga w odrodzeniu miasta w Los Angeles, gdzie w oczekiwaniu na legalizację marihuany w Kalifornii prężnie rozwijające się firmy handlujące akcesoriami do uprawy konopi przejmują stare składy, a w stanie Oregon, gdzie marihuana już jest legalna, sklepów konopnych jest więcej niż kawiarni Starbucks.
Muszę skończyć peanem na cześć otwartości amerykańskiego społeczeństwa. To prawda, że jest w nim wiele absurdów: 18-latka nie ma prawa kupić sobie drinka, za to może prowadzić samochód od 16. roku życia, a na ósme urodziny dostać prawdziwą broń, np. w kolorze różowym. Byliśmy w dzielnicy Castro District w San Francisco skupiającej miejscową społeczność LGBT. Dwóch mężczyzn, jeden starszy, drugi młodszy, spacerowało z pudlem. Byli kompletnie nadzy, nie licząc złotych listków figowych zakrywających ich genitalia. I nikt nie zwracał na nich uwagi.
USA to zabawny kraj. ⒸⓅ
W Stanach naciski różnych lobby gwarantują, że dla najbogatszych brzemię podatkowe jest wyjątkowo mało dotkliwe. Warren Buffett, jeden z najbogatszych ludzi globu, zauważył kiedyś, że płaci niższą stawkę niż jego sekretarka. Tak nierównomiernego rozłożenia podatków i nierównej dystrybucji bogactwa nie da się utrzymać
Tłum. IC
@RY1@i02/2017/199/i02.2017.199.000002100.801.jpg@RY2@
Tim Clapham
psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu