Recepta na zniszczenie aptekarza
Krótka, acz burzliwa historia projektu ustawy "apteka dla aptekarza" zasłużyła już sobie na specjalną monografię, studium przypadków dla studentów politologii - jak z na pozór wzniosłych haseł i troski tworzy się szkodliwe prawa. Jak w świetle prawa i pod okiem mediów powstaje ustawa krzywdząca tysiące przedsiębiorców, żeby służyć i dać zarobić wąskiej grupie interesów.
Projekt pojawił się jak wiele podobnych projektów poselskich ostatnimi czasy. Znienacka, bez ojca i matki, ale z bardzo silnym poparciem Ministerstwa Zdrowia i kilku posłów, początkowo niepotrafiących nawet wytłumaczyć, w czym rzecz. Ostatecznie został odrzucony przez komisję deregulacyjną. I dziś przyglądając się próbom jego reanimacji przed głosowaniem na walnym posiedzeniu Sejmu, możemy tylko zachodzić w głowę, jak to się stało, że tak szkodliwe zapisy zwielokrotniające regulacje trafiły do pakietu deregulacyjnego.
O projekcie "apteka dla aptekarza" od samego początku żartowano w kuluarach Sejmu, że trwają właśnie kurczowe poszukiwania tego właściwego aptekarza. Ci, którzy przeczytali projekt i prowadzili apteki, bali się raczej, że stracą, niż zyskają jakiś biznes. Ustawa, choć skierowana pod obrady komisji w ramach pakietu deregulacyjnego, nie tylko niczego nie ograniczała, ale wręcz mnożyła dotychczasowe regulacje. Na wstępie zakazywała posiadania aptek osobom bez wykształcenia farmaceutycznego. To tak jakby piekarnie czy zakład mechaniczny mógł prowadzić tylko piekarz czy mechanik. Klasyczna dyskryminacja rynkowa. Ci, którzy już dziś są właścicielami, mogą sprzedać aptekę tylko farmaceucie, co znacząco ogranicza rynek potencjalnych nabywców i tym samym samą wartość apteki. Bezprecedensowe jest tu również ograniczenie prawa do przekazania majątku w spadku. W żadnej innej branży nie mamy zapisu określającego, jakie warunki musi spełniać syn, córka, wdowa, jeżeli chce odziedziczyć majątek. Tak jakby ślusarz musiał kształcić dziecko na ślusarza, bo w innym razie zakład rodzinie przepadnie. Mniejsza, że tak sformułowany zapis jest sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem i sprawiedliwością społeczną, idzie również w poprzek wszystkiemu, co jeszcze nie tak dawno głosił wicepremier Morawiecki, mówiąc o koniecznych działaniach wspierania rodzinnych firm, żeby przedsiębiorstwa po śmierci czy emeryturze twórcy nie rozpadały się i nie znikały z rynku razem z miejscami pracy. Tu ustawodawca wyraźnie ma inny pomysł na aptekarzy. Do tego doszły zapisy antykoncentracyjne, raz na zawsze określające, gdzie ma prawo mieścić się apteka. Przenosząc to na piekarnie i kwiaciarnie, regulator raz na zawsze stwierdzałby, gdzie można prowadzić sprzedaż kwiatów, a jak kwiaty gorzej się sprzedają, bo miasto przesunęło przystanek w inne miejsce, to kwiaciarz może tylko zamknąć biznes, ale przesunąć mu się nawet sto metrów dalej nie wolno.
Na pozór ten chaotyczny i nieprzemyślany projekt ustawy zaskakująco dobrze wpisywał się w jeden i tylko jeden model biznesowy. Najbliższy konceptowi aptek zrzeszonych czy raczej uzależnionych od jednej centrali - hurtowni leków, która może współpracować z aptekarzami jak z ajentami. Wyposażani przez hurtownię w leki i zwykle po uszy w niej zadłużeni, sami z tego modelu wielkich korzyści nie mają, ale centrala i owszem. Trudno powiedzieć, co czy kogo ustawodawca miał na myśli, tworząc założenia projektu, ale jedno jest pewne, ten model nie spełnia żadnego z oficjalnych założeń ustawy. Ani nie chroni polskich aptekarzy, ani pacjenta, który będzie coraz więcej płacił za leki, nie pomaga aptekarzom ani nie daje gwarancji, że kapitał zostanie w polskich rękach. W każdej chwili centrala może przejść w obce ręce.
Tyle fakty. Rzecz w tym, że to nie twarde dane i sucha analiza konsekwencji wprowadzenia złego projektu kierowały wieloma posłami Komisji Zdrowia, którzy w dobrej wierze wspierali projekt. Firmy, czy raczej jedna z hurtowni leków, która, jak można wnosić, była złym duchem tego projektu, w każdym razie mogła być głównym beneficjentem, dobrze przygotowała się do starcia. Zalała media i posłów mocno podrasowanymi faktami. Wiele z nich, przenikając do opinii publicznej, tworzy fałszywy obraz sytuacji, który nie tylko mógł doprowadzić do przyjęcia fatalnego projektu, ale też na długo może zostawić w opinii publicznej fatalny wizerunek przedsiębiorców prowadzących apteki.
Polska apteka dla Polaków
Jednym z czołowych argumentów ustawodawcy był zarzut, że rynek aptek w Polsce jest zdominowany przez zagraniczne sieci, które odbierają rynek polskim farmaceutom prowadzącym apteki. Przy tej okazji pojawiały się też najdziwaczniejsze argumenty, niestety podlane antyizraelskim sosem.
Litując się nad żenującym poziomem i stylem kampanii rozpętanej przez obrońców projektu "apteka dla aptekarzy", warto dodać, że polski rynek jest zdominowany przez przedsiębiorstwa krajowe, 96 proc. aptek na rynku to polskie przedsiębiorstwa. Łącznie sieci zagraniczne posiadają ok. 600 aptek, czyli zaledwie 4 proc. całego rynku. Największa sieć aptek działająca w Polsce - DOZ SA - posiada ok. 3 proc. udziału w polskim rynku i należy do polskich właścicieli, którzy w ramach ekspansji zagranicznej na inne państwa zarejestrowali swoją korporacyjną działalność również w Holandii. Natomiast 100-proc. właścicielem holenderskiej spółki CEPD jest grupa Pelion SA, polska firma notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie od 1998 roku.
Złodziej podatków
Osoby czy agencja PR, która pracowała nad przekazem do mediów istoty projektu "apteka dla aptekarza", doskonale wiedziała, że projekt sam się nie broni. Konieczne było odwrócenie uwagi i stworzenie wroga, zagrożenia dla maluczkich - klasyka czarnego PR. Tak też powstał i był dalej sączony argument - oskarżenie, że sieci apteczne funkcjonujące w Polsce nie płacą podatków dochodowych. Jaka jest prawda? Otóż w latach 2012-2015 spółki zależne DOZ SA prowadzące apteki wpłaciły do budżetu państwa podatek CIT w łącznej wysokości 5 mln zł. W tym okresie nie wypłaciły żadnej dywidendy. Czeski inwestor Dr. Max, pomimo poniesionych nakładów inwestycyjnych (zmniejszających zgodnie z przepisami podatkowymi podstawę opodatkowania) o wartości 350 mln zł w okresie ostatnich 4 lat, w 2015 r. zapłacił 1,75 mln CIT. Trzecia duża sieć Euro Apteka na razie jest pod kreską z uwagi na prowadzone inwestycje, spółka wydała 25 mln zł i do 2016 r. amortyzowała wydatki inwestycyjne. Wspomniana wyżej Super-Pharm w latach 2012-2015 zapłaciła kilkanaście milionów CIT przy blisko 100 mln zł nakładów inwestycyjnych.
Należy również pamiętać, że sieci aptek zatrudniają wiele tysięcy pracowników i rzetelnie oraz na czas wypłacają wynagrodzenia. Odprowadzają również do urzędów skarbowych podatki PIT i składki ZUS.
Niedawno Super-Pharm wsparła trzech polskich lokalnych podwykonawców - producentów mebli aptecznych, oświetlenia oraz toreb plastikowych - w zawarciu kontraktów eksportowych w Izraelu w tamtejszej macierzystej sieci, które tylko w pierwszym roku będą opiewały na ponad 10 mln zł, a to tylko początek. To też zapewnia miejsca pracy polskim obywatelom oraz dochody do budżetu naszego kraju.
Monopoliści za 1 proc.
Kolejnym często powtarzającym się zabiegiem PR było wmawianie opinii publicznej, że ustawa jest konieczna, żeby rozbić monopol kilku wielkich potentatów, którzy kontrolują i zawyżają ceny. Mimo antykoncentracyjnego przepisu ograniczającego liczbę aptek w jednych rękach do 1 proc. w ramach województwa, jak twierdzą projektodawcy, zakaz jest masowo obchodzony. Bzdura. Na polskim rynku działa kilka tysięcy podmiotów, które ze sobą zacięcie konkurują. W znakomitej większości (ok. 65 proc.) mamy na rynku apteki indywidualne (jeden podmiot posiada do czterech aptek). Pozostali uczestnicy rynku (ok. 35 proc. udziału w rynku) to apteki sieciowe (jedna firma ma więcej niż cztery apteki). Łącznie apteki sieciowe to ok. 400 różnych podmiotów. Sieci apteczne posiadające do 29 aptek to 21 proc. całego rynku aptek w Polsce. Duże sieci apteczne (powyżej 50 aptek) to ok. 13 proc. rynku. Pomijając już nawet fakt, że przepis antykoncentracyjny dotyczył wyłącznie nowych aptek, a nie starych przejmowanych, to i tak prawo jest przestrzegane. Warto też pamiętać, że w każdej innej branży, w tym branżach strategicznych (energetyka, usługi zdrowotne, przemysł zbrojeniowy), zgodnie z polskimi przepisami przepisy dotyczące ograniczenia konkurencji są stosowane od poziomu 40 proc. udziału w rynku.
Sieciowe apteki wywożą leki
Projektodawcy ustawy, żeby uniknąć dyskusji o prawdziwych zagrożeniach dla rynku, przez cały czas procedowania w Sejmie podsuwali mediom zastępcze tematy. W uzasadnieniu do regulacji pojawił się argument, że ustawa jest konieczna, żeby przedsiębiorcy apteczni i sieci nielegalnie nie sprzedawali leków za granicę. Zacznijmy od istoty samego procederu. Producent sprzedaje lek do hurtowni, hurtownia sprzedaje lek do apteki, która powinna go sprzedać pacjentowi. Z uwagi na większą zyskowność sprzedaży zagranicznej nieuczciwy aptekarz odsprzedaje lek hurtowni, która sprzedaje go do innego kraju lub do lecznicy, po czym następuje sprzedaż poza granice Polski. Hurtownie lub lecznice uczestniczące w transakcji dzielą się uzyskanym w ten sposób dochodem z apteką uczestniczącą w procederze. Proponowana regulacja w żaden sposób nie ograniczy tej karuzeli. Mało tego, z danych Głównego Inspektora Farmaceutycznego na 290 wykrytych ostatnio spraw tego typu tylko jedna dotyczyła apteki sieciowej, reszta to sprawy przeciwko aptekom indywidualnym. Także nawet gdyby chciano faktycznie ukrócić proceder, to sprawcy szukano w złym miejscu.
Stare apteki nie są zagrożone
Kiedy aptekarze i właściciele aptek zaczęli się organizować i protestować przeciwko planowanej ustawie, projektodawcy natychmiast zaczęli wmawiać opinii publicznej, że właściciele małych aptek nie mają się czego obawiać, że działającym już sieciom nic nie grozi. Ich regulacja nie obejmie. O tyle nie obejmie, że automatycznie nie stracą swojej apteki tylko dlatego, że nie są z wykształcenia aptekarzami. Pamiętajmy jednak, że apteki nie działają w próżni. Każdego roku zamykają się i powstają nowe apteki. W ramach normalnych zdarzeń gospodarczych apteki tracą prawo do wynajmowanego lokalu, zmieniają się centra miast, zachowania pacjentów czy szlaki przepływów ludzi w miastach, np. z powodu otwarcia nowej linii metra czy przystanku tramwajowego. Nowy projekt zakładał, że zezwolenie na prowadzenie apteki jest przypisane do lokalizacji. W związku z tym krok po kroku przedsiębiorcy będą "wyciskani" z rynku. Będą mogli tylko zamykać poszczególne punkty, bez prawa do otwierania nowych.
W tym samym tonie, gdzieś między ignorancją a półprawdą mieści się zapewnienie twórców projektu, że zakaz prowadzenia apteki przez spółki kapitałowe jest adekwatny do regulacji obowiązujących prawników. Prawda jest taka, że prawnik działa na rzecz i w imieniu klienta, najczęściej jako jego pełnomocnik i występuje w tej roli osobiście. W przypadku apteki farmaceuta nie działa jako pełnomocnik pacjenta. Argument jest o tyle chybiony, że w rzeczywistości dowodzi przeciwnie. Apteki składają się z wielu zasobów (logistyka, zapasy, portfolio produktów, finansowanie etc. i wreszcie usługa farmaceuty). To farmaceuta powinien być niezależny i nie zaprzątać sobie głowy częścią administracyjną, żeby móc skoncentrować się na pacjencie. Z tego punktu widzenia lepiej jest, kiedy apteką zarządza niezależnie od niego menedżer z krwi i kości, dający mu przestrzeń do działania.
Obawiam się, że brudna gra o rynek apteczny wart 32 mld zł nie skończy się na odrzuceniu fatalnego projektu ustawy. Projekt wraca znowu pod walne obrady w Sejmie, obrasta przy tym dziesiątkami nowych fałszywych przekazów propagandowych. Tymczasem najmniej miejsca ustawodawcy poświęcają istocie problemu - interesowi pacjenta, który w proponowanym modelu więcej zapłaci za leki tylko po to, żeby jedna z drugą hurtownia zyskała miliony, a na koniec sprzedała się światowemu potentatowi.
@RY1@i02/2017/028/i02.2017.028.000000700.801.jpg@RY2@
Tomasz Wróblewski
Warsaw Enterprise Institute
@RY1@i02/2017/028/i02.2017.028.000000700.802.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu