Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Karać też trzeba umieć

5 czerwca 2023
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Rezolucja, którą podjął w ubiegłym tygodniu Parlament Europejski w sprawie pozbawienia Węgier przewodnictwa w UE w drugiej połowie przyszłego roku, jak każda rezolucja, nie jest wiążąca prawnie. Czy w związku z tym należy, cytując szefową węgierskiego resortu sprawiedliwości, uznać całą sprawę za „absurd”, przekroczenie uprawnień i zamknąć dyskusję wokół prezydencji? Zanim w ślad za Budapesztem nasz obóz rządzący również okrzyknie pomysł europosłów hucpą i absurdem, warto zauważyć, że następna w kolejce do przewodzenia pracom Rady UE, czyli ministrów państw członkowskich, jest Polska. A argumenty, które wytoczyli europosłowie wobec Budapesztu, równie dobrze można odnieść do Warszawy. Zdaniem największych frakcji w PE Węgry – wobec których prowadzona jest m.in. procedura z art. 7 o naruszenie zasad praworządności – nie mają mandatu do tego, żeby kierować pracami Rady, która w największej mierze kształtuje porządek prawny w UE.

Choć rezolucja jest jedynie sygnałem oczekiwań czołowych frakcji parlamentarnych, to Bruksela nie może całkowicie zignorować argumentów europosłów. PE zagroził bowiem, że w razie nieustosunkowania się do zarzutów stawianych Budapesztowi zwyczajnie zbojkotuje węgierską prezydencję, m.in. przez nieprzekazanie dokumentów niezbędnych do kontynuacji prac legislacyjnych. Pełna obstrukcja, która mogłaby realnie spowodować w najmniejszym wymiarze opóźnienia, a w największym paraliż prac legislacyjnych, byłaby jednak ewenementem, podobnie jak potencjalne ograniczenie lub odebranie Węgrom przewodnictwa. Teoretycznie europosłowie mogą zdecydować się na to, ale dystans ponad roku do prezydencji węgierskiej jest na tyle duży, że Komisja Europejska będzie musiała zabrać w tej sprawie głos i ustosunkować się do oczekiwań PE – niezależnie, czy przez dalsze kroki związane z art. 7, czy też odniesienie się do możliwości ingerencji w kalendarz przewodnictwa w Unii. Na razie nie płyną żadne sygnały ze strony Rady UE, jakoby jakaś duża grupa państw była przekonana do pomysłu europosłów i chciała dodatkowo ukarać Węgry.

Niezależnie jednak od rozstrzygnięć na linii PE–Komisja warto odnotować, że europosłowie z coraz większą fantazją angażują się w próby karania państw, które ich zdaniem są na bakier z przestrzeganiem unijnego prawa. Sęk w tym, że europarlamentarzyści sami wykraczają poza swoje kompetencje, ponieważ ustalanie kalendarza prezydencji to domena państw członkowskich, które później współpracują w ramach tzw. trojki (to trzy państwa, które mają po sobie prezydencję, obecnie to Czechy, Szwecja i Hiszpania). Autorzy rezolucji, jak i posłowie, którzy zagłosowali za jej przyjęciem, w większości zdają sobie sprawę, że wykraczają poza uprawnienia PE, ale argumentują swoje pomysły tym, że obecne środki przewidziane w traktatach oraz prowadzone przez Brukselę postępowania i procedury wobec Węgier są nieskuteczne.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.