Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Prosty przewodnik po społecznych problemach internetu na rok 2019

W kwietniu 2018 r. aktywiści ustawili przed Białym Domem 100 kartono- wych postaci Marka Zuckerberga, wzywając do „naprawy” Facebooka
W kwietniu 2018 r. aktywiści ustawili przed Białym Domem 100 kartono- wych postaci Marka Zuckerberga, wzywając do „naprawy” Facebookafot. Michael Reynolds/EPA/PAP
27 grudnia 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

K ończy się nam rok 2018. A ostatnimi czasy każdy rok przynosił nam jakieś Wielkie Rozliczenie.

Były już, kolejno, rozliczenia z neoliberalizmem (niesprawiedliwe nierówności pod pozorem wolności! oderwane elity!), bogu ducha winnym Fukuyamą (jaki znowu koniec historii! demokracja liberalna jest przykrywką dla neoliberalizmu i chroni wyłącznie oderwane elity!) czy kosmopolitycznym uniwersalizmem (oderwane elity wmawiają nam, że nie potrzebujemy wspólnoty i narodu – ale długo w próżni nie wytrwamy!). A rok 2018 przyniósł nam nowe, bardzo ciekawe Wielkie Rozliczenie: rozliczenie z do niedawna bardzo pozytywnie odbieranym internetem.

Jest to de facto rozliczenie z poziomu meta: odkryliśmy bowiem, że internet nie tyle usprawnia działanie naszych instytucji społecznych, nie tyle jest dla nich neutralnym medium, co je radykalnie zmienia i często niezauważenie wypacza. No i zdaliśmy sobie sprawę, że być może wszystkie nasze poprzednie Wielkie Rozliczenia, począwszy mniej więcej od okolic 2008 r. (wtedy zaczęła się bardzo szybko rozprzestrzeniać technologia mobilna), ponieważ rosły w siłę na mediach społecznościowych, forach i blogach, dostarczanych nam wedle algorytmów wyszukiwarki Google, były nie tylko funkcją faktycznego niezadowolenia społecznego, lecz także funkcją sposobu działania internetu.

Innymi słowy, może coś innego by nas złościło, może na coś innego byśmy pluli lub pod innym kątem, gdybyśmy dalej zbierali się na placach, a nie w wirtualu; gdybyśmy nadal czytali gazety, a nie Twittera, gdybyśmy uczestniczyli w społecznościach zbudowanych na naszą ludzką skalę, a nie społecznościach globalnych, w których związki są luźniejsze, moralność nie chce się przeskalować i w których trendy są silniejsze: raz się utworzywszy, zagarniają ze sobą setki milionów umysłów. Co więcej, wydaje nam się, że gdyby nie nowa organizacja życia społecznego stworzona online, być może plulibyśmy nieco sensowniej, nieco efektywniej, z nieco większym sensem – nawet jeśli w tym samym kierunku.

Rok 2018 to rok wielu internetowych rozczarowań. Rok, w którym (wedle serwisu Gizmodo) Google przestał używać motta „Nie czyń zła” w komunikacji wewnętrznej (holding Alphabet, którego Google jest częścią, zmienił motto już w 2015 r.) – i zarazem rok, w którym wzmożono negocjacje w sprawie wprowadzenia cenzurowanej wersji wyszukiwarki do Chin (czemu zaprzeczał CEO Sundar Pichai). To również rok, w którym światło dzienne ujrzała afera Cambridge Analytica, dzięki której globalna „wspólnota” Facebooka zdała sobie sprawę, że, po pierwsze, każda wycieczka do internetu napycha Facebookowi skrzynie skarbem w postaci danych, jakie platforma zbiera, śledząc nas w naszych perygrynacjach (niezależnie od tego, czy akurat używamy Facebooka czy nie; czy zgodziliśmy się na pewne rzeczy czy nie), a po drugie, ten skarb jest monetyzowany przez Marka Zuckerberga, gdyż dostęp do owego skarbu jest użyczany z zyskiem osobom (firmom) trzecim. Dowiedzieliśmy się, że nasza zgoda niewiele znaczy dla wielkich korporacji i że one zawsze znajdą drogę do tego, jak ją obejść.

To rok, w którym szefowie Facebooka i Google’a zeznawali przed amerykańskim Kongresem, kończąc miodowe lata Waszyngtonu i Doliny Krzemowej, kiedy to kongresmeni wesoło brali od krzemowców kasę lobbingową i, w ramach prospektywnego przekupstwa, liczyli na pracę w Kalifornii po zakończeniu kadencji w administracji publicznej (celowała w tym zwłaszcza administracja Obamy, o której żartowano, że postawiła sobie drzwi obrotowe między Silicon Valley a Białym Domem).

To rok, w którym nagle wszyscy zrozumieliśmy, że zmieniające się „umowy” dotyczące prywatności, jakie oferują nam platformy społecznościowe, są zbyt trudne do ogarnięcia dla „zwykłych ludzi” i że można stanąć na głowie, a i tak nasze dane zostaną zebrane kiedyś i gdzieś – i będą prędzej czy później użyte przez kogoś. Zauważyliśmy też, że ciągła inwigilacja, jakiej giganci technologiczni nas poddają, może mieć ogromne konsekwencje dla porządku społecznego, a nawet bezpieczeństwa narodowego. Masowa ilość danych, jaką kolekcjonuje Big Tech, tworzy potencjał powstania narzędzia kontroli społecznej na niespotykaną dotąd skalę, które może zmienić naszą rzeczywistość w dystopię rodem z serialu „Black Mirror” (zresztą porównania z fikcją są niepotrzebne; prace nad systemem przekładającym radykalną inwigilację na punkty społeczne są już wdrażane w Chinach).

Rok 2018 to także rok, w którym profesor Columbia University Tim Wu napisał „The Curse of Bigness”, książkę, w której przekonująco dokumentuje tezę, którą i tak wszyscy już wyznawaliśmy intuicyjnie – że monopole firm technologicznych to nie tylko problem dla ekonomistów, ale i problem dla demokracji. Historia bowiem sugeruje, że zwiększona siła korporacji powoduje wzrost nierówności, niepokoje społeczne czy pojawienie się faszyzmów – a dziś monopole Big Tech są gigantyczne, więc gigantycznie tragiczne mogą być skutki ich istnienia.

I, na koniec, to rok, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że demokracji mogą nie uratować deliberacja, myślenie i debata. Po pierwsze, debata przeniosła się na platformy prywatne, z własnymi zasadami prowadzenia dialogu i własnymi mechanizmami cenzury, niepodległymi demokratycznej kontroli. A tam debata owa odbywa się w trybie wynaturzonym, ze względu na swoją skalę i mechanikę dyskusji, zarządzaną przez natychmiastowość, bezosobowość i związaną z nimi emocjonalność. Po drugie, taka debata jest zaburzana ze względu na możliwość zewnętrznej kontroli (czego dowodzą na przykład analizy rosyjskich wpływów na wybory prezydenckie w USA czy na przychylność wyspiarskiego elektoratu wobec brexitu). Zresztą, jak teraz już rozumiemy, w internecie zdrowo namieszać można i bez Rosji – mikrotargeting, czyli dopasowywanie przekazu do naszego szczegółowego profilu użytkownika, rozwinął się na tyle, by media społecznościowe mogły nas skutecznie pozamykać w informacyjnych bańkach, gdzie czujemy się szczęśliwsi i chętniej klikamy na reklamy, ale za to obywatele z nas się robią dość beznadziejni, bo pozbawieni umiejętności dyskusji z drugą stroną. Związana z tym śmierć tradycyjnych mediów, jak zaczynamy pojmować, to niekoniecznie znak postępu, ale raczej znak schyłku koniecznej dla demokracji deliberacji.

W najszerzej pojętej świadomości społecznej, tej, która niekoniecznie doczytuje artykuły o technologii, ale przegląda internet w poszukiwaniu zdjęć kotów i wieści o celebrytach, dokonał się poważny przewrót w interpretacji internetowych symboli. Zawinięta w kaptur twarz Marka Zuckerberga powszechnie kojarzyła się nam dotąd z przyszłością, merytokracją, wizją i odwagą; dziś widzimy w nim cyborga, człowieka złej woli, symbol moralnej korupcji.

Rok 2018 minął, a my zostajemy z ogólnym internetowym niesmakiem. W następnych kilku felietonach spróbuję nieco uporządkować strukturę tego Wielkiego Rozliczenia oraz w kompaktowy i przystępny sposób zastanowić się nad rzeczami, o których już wielokrotnie pisałam na tych łamach – co to tak naprawdę znaczy, że ktoś kolekcjonuje nasze dane i je „sprzedaje”? Co tak naprawdę oznacza „zgoda” w warunkach cyfrowych? Jakie są rzeczywiste psychologiczne konsekwencje życia w świecie online, jaki zbudowaliśmy – i co to dla nas oznacza? Jaki mechanizm stoi za głównymi problemami społecznymi – mikrotargeting czy działanie natury ludzkiej? I jakie zagrożenia związane z internetem powinniśmy przede wszystkim wziąć pod uwagę?

A zakończę ten wstęp nieco filozoficznie. Oto w 2018 r. w postaci internetu ukazał nam się wreszcie heglowski Duch Dziejów, niewidzialny władca globalnej świadomości; tyle że nie jako racjonalna siła napędzająca historię, dążąca do samorozpoznania – ale jako przypadkowo wyewoluowany, niezmierzony i ahistoryczny system redystrybucji morza memów, który trwa w wiecznej polaryzacji, w napięciu między oddalającymi się od siebie tezą i antytezą, bez żadnej nadziei na syntezę. Jeżeli jednak ta synteza nam się marzy, to musimy z nowym rokiem poukładać sobie w głowie pewne rzeczy.

Czego sobie i państwu życzę, oczywiście. ©

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.