Wstęp - Prawo łowieckie: zmiany pod ostrzałem zarówno myśliwych, jak i ekologów
Gdyby zapytać Polaków, czy kochają zwierzęta i przyrodę, 99 proc. zakrzyknęłoby gromko, że oczywiście. Gorąca miłość do natury z jakiegoś powodu idzie jednak w parze z nienawiścią do tych, którzy kochają ją inaczej. Ekolodzy nienawidzą więc resortu środowiska, uważając, że siedzą tam sadyści, których zamiarem jest wykarczowanie wszystkich lasów i wybicie wolno biegającej zwierzyny. Jeszcze bardziej nie lubią myśliwych, których mają za pitekantropów ze sztucerami w dłoniach, strzelających na prawo i lewo, mordujących sarenki, dziki, zajączki, a także chętnie ludzi, którzy podejdą im pod lufy. W drugą stronę działa to identycznie: urzędnicy z Ministerstwa Środowiska uważają zwierzolubów skupionych w organizacjach pozarządowych co najmniej za zdziecinniałych dziwaków. Myśliwi z Polskiego Związku Łowieckiego nie kryją pogardy dla "pseudoekologów", "lewackich oszołomów" i "ekoterrorystów" - za jakich mają swoich ideowych przeciwników.
Gdybym jednak miała wskazać palcem, to winą za niemożność porozumienia się różnych środowisk w sprawie ustawy łowieckiej, ale też innych problemów, obarczyłabym Ministerstwo Środowiska. Na drugim miejscu PZŁ, ale jednak resort występuje z pozycji silniejszego. I do niego należy obowiązek brania udziału w dyskusji, edukowania, tłumaczenia się ze swoich decyzji, słuchania - z uwagą i ze zrozumieniem - argumentów innych i brania ich pod uwagę. A nie chowania się w kącie. Rozumiem, że po miesiącach awantur można nabawić się syndromu oblężonej twierdzy. Ale reprezentant państwa może się nad sobą rozczulać tylko w domu, w pracy ma wykonywać swoją robotę.
Co cieszy, to determinacja ministra środowiska, żeby posprzątać w stajni, którą stał się Polski Związek Łowiecki. Na szczęście ten szef resortu nie chodzi strzelać do bażantów w klatkach ramię w ramię z łowczym, więc może się uda. Nie ma powodu, żeby tolerować organizację, która zmonopolizowała rynek polowań, ciągnie pieniądze z państwowej kasy, a nikt z zewnątrz nie ma na nią wpływu. Byłoby jednak jeszcze lepiej, gdyby nie ograniczać się do porządków w PZŁ. Bo sytuacja by się zapewne poprawiła, gdyby dopuścić do powstania konkurencji. Dlaczego pan Zbyszek z Olecka i jego koledzy nie mogliby się skrzyknąć w niezależny związek łowiecki olecczan? No właśnie, dlaczego? ⒸⓅ
@RY1@i02/2018/024/i02.2018.024.183001200.801.jpg@RY2@
Mira Suchodolska
sekretarz redakcji DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu