Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Droga na skróty: łatwiej obejść regułę, niż ją poprawić

1 grudnia 2019
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

R eguła wydatkowa to tylko narzędzie. I jak każde można je zastąpić lepszym, które ułatwi uzyskanie założonego celu. Tym celem – o ile Polska poważnie traktuje zapisy unijnego paktu stabilności i wzrostu – jest utrzymywanie odpowiednio niskiego deficytu finansów publicznych i długu. Przed kilkoma laty w Ministerstwie Finansów ktoś uznał, że najlepszym na to sposobem będzie wzór, na podstawie którego będzie można policzyć, ile państwo może wydać w danym roku, by stopniowo zbliżać się do unijnych wymogów. To nie tylko 3 proc. PKB deficytu, jak się powszechnie sądzi – Polska musi mieć jeszcze odpowiednio niski deficyt strukturalny (policzony bez uwzględniania wpływu bieżącej koniunktury). Unijni spece od finansów publicznych uznali, że gdy przyjdzie wielki kryzys i budżet straci np. część dochodów z podatków, polskie finanse to wytrzymają, o ile w średnim okresie deficyt będzie wynosił 1 proc. PKB.

MF opracował algorytm, bo wyszedł z założenia, że taki mechanizm ustalania wydatków, w którym pod uwagę bierze się stan gospodarki (inflacja, PKB) i ilość pieniędzy w kasie (wielkość długu, zasoby gotówki, ekstra dochody), będzie w miarę obiektywny. Co nie znaczy wiążący ręce politykom. Reguła dyscyplinuje, ale niczego nie uniemożliwia. Chcecie dać ludziom dodatkowe emerytury? Czemu nie, tylko ściągajcie więcej składki emerytalnej. Nowe dodatki na dzieci? OK, ale musicie zwiększyć dochody, np. uszczelniając podatki. Jeśli zapada decyzja, że trzeba komuś więcej dać, to reguła zmusza polityków, żeby komuś coś zabrać. Kasa na koniec dnia musi się zgadzać. I to jest największy atut narzucania z góry dopuszczalnego limitu wydatków policzonego na podstawie matematycznego wzoru.

Można też mieć do sprawy inne podejście: traktować limit wydatków tylko jako kierunek, do którego powinna zmierzać polityka fiskalna. Rada Polityki Pieniężnej ma swoją busolę w postaci 2,5-procentowej inflacji i ma obowiązek tak kształtować stopy procentowe, by ceny rosły w takim właśnie tempie. Po to, by uzyskać cel nadrzędny, zapisany w ustawie o NBP, a więc stabilność cen. Może więc powołać bliźniaczą radę polityki fiskalnej, która wykorzystując drogowskaz w postaci limitu wydatków, tak będzie układać wielkości budżetów, by zmierzać w stronę 1-proc. deficytu strukturalnego? Podobny pomysł – powołania rady niezależnych od rządu mędrców, którzy kształtowaliby zręby budżetów – zgłaszał prezes GPW Marek Dietl. Zalety? Większa elastyczność w kształtowaniu bieżących wydatków, co zdaje się zyskiwać na znaczeniu, sądząc po rozkręcającej się debacie w UE. Główny wniosek, który z niej wypływa, brzmi: to rządy i ich polityka fiskalna powinny przejąć od banków centralnych odpowiedzialność za stabilizowanie gospodarki. Bo już bardziej stymulować wzrostu niskimi stopami procentowymi się nie da. To rządy, zwiększając nakłady publiczne, mogłyby zadbać o koniunkturę, dosypując grosza, np. do inwestycji. A tu gorset reguł fiskalnych może uwierać zbyt mocno.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.