Antracyt zalany krwią
A u tor powieści kryminalnych skarżył mi się, że współczesna przestępczość, choć fascynująca, jest literacko wybitnie nieatrakcyjna. Nie da się – twierdził – napisać wciągającego kryminału o, dajmy na to, karuzeli VAT-owskiej. Pewnie miał świętą rację. Okazuje się jednak, że można podejść do sprawy od innej strony: reporterskiej. „Czarne złoto” Karoliny Bacy-Pogorzelskiej i Michała Potockiego to zwięzła ekonomiczna i polityczna historia donbaskiego węgla (ściślej – antracytu, szlachetnej, wysokoenergetycznej jego odmiany); węgiel w tej książce nie jest po prostu surowcem używanym do produkcji energii – jest kluczowym elementem opowieści o rozdartym wojną regionie, ale też o meandrach światowej geopolityki.
Nim powstało „Czarne złoto”, autorzy opublikowali w DGP serię tekstów składających się na reporterskie śledztwo śladem donbaskiego antracytu, który wciąż, mimo sankcji i blokad, przenika do Polski i innych krajów Zachodu. Rzecz w tym, że w 2014 r., po wybuchu wojny na Ukrainie, w efekcie której na części terytorium Zagłębia Donieckiego powstały marionetkowe państewka (Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa), wiele zakładów wydobywczych, w tym wszystkie kopalnie antracytu, zostało przejętych przez separatystów. „Antracyt, wydobywany rabunkowo, bez poszanowania ekologii, bhp, własności i prawa międzynarodowego, coraz szerszą falą zaczął trafiać na zagraniczne rynki (...). Zarabiają na nim bandyci, skompromitowani oligarchowie i wpisane na listy sankcyjne pseudorepubliki Donbasu – piszą Baca-Pogorzelska i Potocki. – (...) To paliwo podlewa krwawe mafijne porachunki w regionie, a także rosyjsko-ukraińską wojnę o Donbas, której bilans ofiar śmiertelnych zapisuje się już pięcioma cyframi. Dzięki niemu utrzymywanie szopki z niepodległym Donieckiem i Ługańskiem jest tańsze dla ich kuratora, czyli Moskwy”.
„Czarne złoto” daje tamtemu dziennikarskiemu śledztwu świetnie zarysowane tło i kontekst. Donbasu nie zbudowano wczoraj – jego dzieje jako okręgu górniczego sięgają czasów początku rewolucji przemysłowej. Zaczęło się zresztą nie od węgla, lecz od soli, którą pozyskiwano tam od XVI w., niejednokrotnie stosując metodę odparowywania solanki; do tego potrzebne jest paliwo, a na stepie drzewa to rarytas. Węgiel zatem – znaleziony w 1721 r. – okazał się znakomitą alternatywą. Na początku XX stulecia Donbas był już górniczą potęgą: „W 1914 r. działało tam 1,2 tys. kopalń, w których 168 tys. górników wykopało w sumie 25 mln ton węgla. 70 proc. wydobycia przypadało na firmy z kapitałem zagranicznym: dominował francuski i belgijski” – piszą autorzy. Ceną za tę ekspansję było oczywiście katastrofalne położenie robotników: „Belgowie nazywali te obszary «białym Kongiem». Warunki pracy i życia były w nich fatalne”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.