XXL Scena
Dają po kilka koncertów rocznie, a czasami wcale. Organizatorów nie stać na zatrudnianie kapeli, której muzyka nie mieści się w kanonie, a sam zespół nie mieści się na scenie
Moda na big-bandy wybuchła w latach 30. i 40. XX w., kiedy nastała epoka swingu. Wtedy duże orkiestry jazzowe powstawały jak grzyby po deszczu. Nie dość, że grały głośno, to potrzebowały jeszcze sporo miejsca, aby pomieścić kilkadziesiąt instrumentów. Publiczność wstawała z krzeseł i – rzecz teraz w jazzie niespotykana – dawała się ponieść frenetycznemu tańcowi.
Dzisiaj big-bandy są zjawiskiem przypisanym raczej do muzyki poważnej. Ale nawet pod naszą szerokością geograficzną zdarzają się kapele, które zatrudniają po kilkunastu muzyków. Łączy je to, że nie grają klasycznego jazzu, występują sporadycznie i niechętnie wydają płyty z nową muzyką, na którą nie ma popytu. Agencje koncertowe mają dla nich dobrą radę: „Jak zmniejszycie skład o połowę, spadnie na was deszcz ofert”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.