Podróże na koniec świata
Wstępnym warunkiem globalizacji jest elementarna ciekawość Innego – gdzie mieszka, jak wygląda, jakim językiem mówi, czym można się z nim wymienić i co można mu zabrać siłą
Pamiętam, że w latach 90. zeszłego stulecia słowo „globalizacja” niosło w sobie magię, obietnicę i zapach wielkiego świata: po nędznych dekadach za żelazną kurtyną mieliśmy zostać podłączeni do systemu, który dystrybuuje dobrobyt. Precz z pasztetową na gazecie, kufajką i syreną bosto, od teraz jeno łosoś na dzikim ryżu i chianti (hamburgery z coca-colą, wedle uznania). Przypominam sobie, że nęcono nas ponadto wizją drinków spożywanych w ramach emerytury pod palmami.
Na początku trzeciej dekady XXI w. globalizacja jawi się już w całkiem innych kontekstach – w pierwszej kolejności zawdzięczamy jej błyskawicznie szerzącą się epidemię, ale, rzecz jasna, również pogłębianie się światowych nierówności w stanie posiadania i dostępie do dóbr, katastrofę ekologiczną, korporacyjną prywatyzację internetu, upadek programów emerytalnych czy porażkę prawa pracy w konfrontacji z nowymi modelami zatrudnienia à la gig economy. Długo by wymieniać – w każdym razie cena za kran z coca-colą w każdym mieszkaniu okazała się dość wysoka.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.