Kajzer i Melos. Polityka zagraniczna bliźniacza do Trumpowskiej – czy przynajmniej podobna do jej zasadniczych elementów – bywała już w historii realizowana
O polityce zagranicznej Donalda Trumpa jej krytycy mówią, że jest chaotyczna, niekonsekwentna, nakierowana na wewnętrzny użytek, niepoważna. On sam i jego drużyna, oczywiście, nie zgodziliby się z tymi zarzutami (tryb warunkowy, bo, żeby się nie zgodzić, musieliby najpierw dowiedzieć się, że takie opinie są formułowane, a w to, iżby się dowiedzieli, wątpię, wiedząc, jak dalece ta ekipa jest zapatrzona w siebie). Z kolei krytycy odrzuciliby cokolwiek, co powiedzieliby trumpiści. Na tym polega przecież współczesna polityka: nigdy nie przyznawać racji drugiej stronie.
Ale jedna rzecz zapewne wywołałaby podobną ocenę zarówno Trumpa, jego ekipy i wyznawców, jak też jego krytyków i wrogów. I jedni, i drudzy są bowiem przekonani, że Trump jest – również w dziedzinie polityki zagranicznej – zjawiskiem na wskroś oryginalnym. Że tworzy całkowicie nową epokę. Tyle że trumpiści są tym zachwyceni, a ich przeciwnicy – przerażeni.
Tymczasem jedni i drudzy mylą się. Polityka zagraniczna bliźniacza do Trumpowskiej – czy przynajmniej podobna do jej zasadniczych elementów – bywała już w historii realizowana. I przynosiła z reguły efekty katastrofalne dla swoich twórców.
Może najbardziej charakterystyczną cechą zagranicznej polityki obecnego prezydenta USA jest ciągłe ogłaszanie nowych koncepcji. Najczęściej nic się z tymi pomysłami już dalej nie dzieje, są ogłaszane i zarzucane, zastępują je w opętańczym pędzie nowe. Podobnie zarzucane. Ale zdążają wprowadzić świat w dygot, a eksperci nie nadążają z interpretowaniem kolejnych koncepcji Trumpa, tworzonych często pod wpływem spotkania z ostatnim rozmówcą. Jak w kalejdoskopie zmieniają się – i nikną gdzieś w niebycie – kolejne, wydawałoby się, priorytety. Panama, Grenlandia, Gaza, Chiny, Iran, Arktyka. Zełenski raz jest dyktatorem, to w magiczny sposób przestaje nim być. I tak dalej.
Tu przeskok.
Niemcy muszą kupić Zatokę Magdaleny w Meksyku. Niemcy muszą zdobyć wyspę św. Małgorzaty u wybrzeży Wenezueli. Żółta rasa zaleje świat i biali muszą zjednoczyć się przeciw temu niebezpieczeństwu. Więc zaproponujmy prezydentowi USA wysłanie do Kalifornii niemieckiego wojska, by broniło jej przed Japończykami. Zapytajmy też ambasadora Ameryki w Berlinie, czy, skoro liczba ludności Rzeszy rośnie, a Francja jest słabiej zaludniona, nie byłoby dobrze wystąpić do Paryża z postulatem, by oddał wschodnią część kraju Niemcom. Czyż to nie jest ciekawy pomysł? Podobnie jak odnowienie, nieistniejącego od ponad
400 lat, państwa Burgundii i zaproponowanie królowi Belgii, by w tym celu zawiązał sojusz z Berlinem i przyjął odnowioną koronę. A poza tym powiedzmy dziennikarzowi „The Daily Telegraph”, iż Anglicy są wariatami i że to ja opracowałem oraz przesłałem im plan kampanii, dzięki któremu pokonali Burów.
W lutym 1897 r. Friedrich von Holstein, doradca kajzera Wilhelma II, pisał do jego innego doradcy, Philippa von Eulenburga, że otrzymał od cesarza już trzeci „program polityczny” w ciągu trzech miesięcy. Kanclerz Rzeszy Bernhard von Bülow załamywał ręce. Pisał, iż cesarza cechuje „intelektualna ekstrawagancja, niespójne pojmowanie faktów oraz kompletny brak politycznego umiarkowania i poczucia równowagi, a wszystko to połączone z nadmiernym pragnieniem pokazania się”.
Czy nam to wszystko czegoś nie przypomina?
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.