Karkołomna Albania
Wybranie jako tematu przewodnika właśnie Albanii skazuje zarówno autora, jak i wydawcę na etykietkę pioniera. Nie zwalnia to ich jednak z konieczności poddania się krytycznej ocenie.
A wypada ona, łagodnie mówiąc, średnio. Autorka, rodem ze Szkocji, przez cztery lata uczyła w Albanii angielskiego i monitorowała tamtejsze wybory. Decyzję porwania się na opis wyjątkowo skomplikowanej dla ludzi Zachodu rzeczywistości tego kraju pani Gloyer podjęła, jak sama przyznaje we wstępie, po spożyciu wschodnioeuropejskiej żubrówki, ale mimo to nadal nie czuła się na siłach, by ogarnąć całość zagadnienia. Ponamawiała więc znajomych - a to botaniczkę, a to historyka wojskowości - by wsparli ją w tym zbożnym dziele. W efekcie w książce aż roi się od szczególików ciekawych, aczkolwiek mało istotnych z punktu widzenia kogoś, kto chciałby Albanię zrozumieć.
W kilku miejscach Gloyer wspomina o SOE, brytyjskiej centrali dywersyjnej z czasów II wojny światowej (poświęca jej nawet osobny wyimek), chociaż wiadomo, że nie wpłynęła ona decydująco na powojenne losy tego kraju. W rozdziale o historii, który autorka przelatuje z szybkością odrzutowca, można przeczytać, że w bitwie pod Dyrrachium (1081 r.) normańska kawaleria trzymała lance przed sobą, zamiast rzucać nimi w Bizantyńczyków. Po raz pierwszy w dziejach? Nie, wcześniej tę militarną nowinkę zastosowano w bitwie pod Hastings. Po co więc o tym w ogóle wspominać, przy okazji nie znajdując miejsca na znacznie chyba ważniejszy opis pochodzenia Albańczyków? Choć trudno w to uwierzyć, tę kwestię pani Gloyer w ogóle pomija. Wypisuje za to bzdury o wspólnym pniu, z którego jakoby wydzieliły się języki albański (grupa iliryjska) i rumuński (grupa romańska). Wspomina o mniejszości etnicznej "Egipcjan", nie informując czytelnika, że pod tą nazwą identyfikuje się część albańskich i macedońskich Cyganów. "Tyrbe" to nie "kaplica" (s. 178), ale muzułmańskie mauzoleum. I tak dalej...
Wątpliwego wsparcia udziela autorce tłumaczka. Szczerze mówiąc osoba, która nie zna słowa "Wołoch" (s. 16 - 17), nie powinna zabierać się za tłumaczenie przewodnika po Albanii.
Mocną stroną książki są za to informacje praktyczne. Czytając je, czuje się, że pani Gloyer nie zmarnowała tych czterech lat. Zaskakująco, ale i przekonująco pisze o tym, że podróżowanie po Albanii zasadniczo jest czynnością bezpieczną, także dla samotnych kobiet. Napady i gwałty zdarzają się tu rzadko. Znacznie gorzej mają kierowcy. W ostatnich latach Albańczycy włożyli wiele w poprawę stanu swoich dróg, co poskutkowało... znacznym wzrostem liczby śmiertelnych wypadków. Na wybojach nie można bowiem było rozwinąć dostatecznie dużej prędkości, by kogokolwiek zabić. Warto przy tym pamiętać, że żaden z albańskich kierowców nie ma dłuższego niż 16 lat doświadczenia w jeździe samochodem, ponieważ wcześniej zwykłemu obywatelowi nie wolno było prowadzić żadnego pojazdu mechanicznego, poza rowerem i traktorem.
Cenne są też uwagi o obyczaju krwawej zemsty, po upadku komunizmu odrodzonym na północy kraju. Upadła tradycja reguluje rozlew krwi, więc dziś ludzie mszczą się bez ograniczeń.
@RY1@i02/2009/237/i02.2009.237.184.008b.001.jpg@RY2@
Gillian Gloyer, Albania
National Geographic 2009
Jacek Borkowicz
jacek.borkowicz@infor.pl
ciekawą narrację; kompetencje autora; solidne tłumaczenie i redakcję; atrakcyjną grafikę; oryginalny pomysł na książkę
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu