Dziennik Gazeta Prawana logo

Nowe oblicze Editors: elektronika zamiast gitarowego jazgotu

1 lipca 2018

Kwartet z Birmingham robi siedmiomilowy krok do przodu - totalnie zmienia styl, starając się nie stracić przy tym charakteru.

Na nowej płycie "In This Light And On This Evening" Editorsi kopiują dokonania electropopu i zimnej fali lat 80., lecz do końca nie wychodzi im to na zdrowie.

Rycerze elektrycznych gitar zamienili się w mroczne androidy. Grupa, której brzmienie wyrosło z postpunkowej sceny gitarowej, ni z tego, ni z owego przerzuca się na klawisze i automaty perkusyjne. Szokuje rytmami w stylu New Order, nie boi się słodko-gorzkich pochodów syntezatorowych, którymi podbił świat Ultravox. Stawia na monotonię minimalistycznej elektroniki rodem z wczesnych płyt Kraftwerk, elektronicznie przetwarza nawet brzmienie skrzypiec, fortepianu i chórków ("The Big Exit").

Kwartet już wcześniej próbował zbić kapitał na dziedzictwie nowej fali lat 80. Liderowi i wokaliście Tomowi Smithowi zarzucano wielokrotnie, że nachalnie naśladuje manierę wokalną Iana Curtisa z Joy Division. To się akurat nie zmieniło. Ale dzięki "In This Light and On This Evening" brytyjski kwartet ma pewną szansę wznieść się nad powierzchowne porównania. To nie znaczy jednak, że ich nowy krążek wznieci rewolucję. Bez obaw: głos Smitha sięgnął mrocznego dna, syntezatory i automaty perkusyjne nadają ośmiu utworom chłód i dystans, jakiego próżno szukać na drugiej płycie Editorsów "An End Has A Start" - lecz wszystko to sprawia wrażenie przebrania.

Decydując się na zmianę brzmienia z gitarowego na elektronikę, Editors postawili na szali wszystko. Na Wyspach od początku kariery zestawiani są z Arctic Monkeys, ich druga płyta wsparta setkami koncertów ugruntowała modę na nich w świecie - również w Polsce, co udowodnił ich występ na gdyńskim Open’erze w 2008 roku. Pojawiły się nawet stwierdzenia, że wreszcie po naszej stronie oceanu narodził się zespół zdolny przyćmić dokonania Interpolu. Niestety, na "In This Light And On This Evening" brak piosenek, które mogłyby odsunąć w cień dokonania Amerykanów. Co więcej, brak na niej takich kawałków, które potencjałem równałyby się z ich własnymi hitami, jak "Munich" czy "Blood".

Singlowy "Papillion" przypomina dokonania Gary’ego Numana z czasów słynnego "The Pleasure Principle", podobnie jak inne utwory, w których zespół Smitha zdecydował się na użycie syntezatorów, wspomaganych gitarowymi efektami. Słabsze "Bricks And Mortar" czy "Eat Raw Meat = Blood Drool" bazują na pulsującej rytmice bębnów i skromnych melodyjkach klawiszowych. Momentami Smith brzmi jak Dave Gahan z czasów "Songs of Faith And Devotion".

Krótkiego, spójnego albumu słucha się nieźle, ale ta płyta pokazuje jasno, że Editors są przede wszystkim zespołem koncertowym i trudno im będzie kolejnym, czwartym krążkiem na powrót nawiązać do czasów błyskotliwego debiutu. Może nic w tym dziwnego, bo żadnemu z zespołów postpunkowych święcących debiutanckie sukcesy w nowym tysiącleciu nie udało się wywrócić ziemi do góry nogami trzecim albumem. Arctic Monkeys (niedawno ukazała się ich nowa płyta), Franz Ferdinand, Interpol, Bloc Party, a nawet wcześniej The Strokes polegli na swojej trzeciej płycie. Arctic Monkeys także zdecydowali się na zmianę brzmienia na cięższe (ze średnim sukcesem), płyta The Strokes "First Impressions of Earth" była porażką, recenzje trzecich albumów Interpolu, Franza Ferdinanda i Bloc Party jasno wskazywały, że mamy do czynienia z kryzysem muzyki gitarowej. Dekadę i dwie wcześniej show-biznes pozwalał zespołom rozwijać się z płyty na płytę. Radiohead dopiero na trzecim albumie "OK Computer" udowodnili, że są pierwszoligowym zespołem, podobnie The Cure na "Faith". Młodym grupom, które już po debiucie dziennikarze obwołali następcami Joy Division, Jesus And Mary Chain czy zespołu Roberta Smitha, ciężko utrzymać status geniuszy przez pięć lat z rzędu.

Brzmieniowo "In This Light And On This Evening" to prawdopodobnie najsmutniejsza płyta brytyjskiego rocka od czasu "The Holy Bible" Manic Street Preachers. Teksty są niestety zaledwie tłem dla perfekcyjnie zaplanowanej i rzetelenie wystylizowanej muzyki. Tom Smith w żałobnej manierze opisuje londyńskie zakamarki i swoje wyobrażenia o stolicy Wielkiej Brytanii. Ale nie dość wiarygodnie, byśmy uwierzyli, że ten album uczyni z Editorsów to, co prawie dwadzieścia lat temu z Depeche Mode uczynił "Violator".

@RY1@i02/2009/204/i02.2009.204.000.015a.101.jpg@RY2@

Nowy krążek Editorsów dowodzi, że rockowa rewolucja na Wyspach znalazła się w fazie kryzysu

Isound labels

Anna Gromnicka

anna.gromnicka@infor.pl

@RY1@i02/2009/204/i02.2009.204.000.015a.102.jpg@RY2@

"In This Light And On This Evening", Editors

Flood 2009

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.