Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Bieszczady bez retuszu

1 lipca 2018

Napisanie przewodnika po Bieszczadach po znakomitym przewodniku wydawnictwa "Rewasz" to prawdziwe wyzwanie. Paweł Luboński - zresztą współautor poprzedniego dzieła - umiał mu sprostać, opracowując kolejną znakomitą rzecz, choć nieco innej klasy.

Książka Rewaszu, z wymownym podtytułem "dla prawdziwego turysty", to kompendium dla znawców, patentowanych łazików i szperaczy. Nowy przewodnik to rzecz "dla każdego", lżejsza gatunkowo, choć nie mniej kompetentna i nie mniej ciekawa. Jest także czytelna, pozwala bez wysiłku odnaleźć w Bieszczadach to, co komu potrzebne. Jeśli ktoś chce poczuć klimat połonin, niech jedzie do parku narodowego, czyli do tak zwanego worka, gdzie zbiegają się granice Polski, Ukrainy i Słowacji. Kto z kolei ceni sobie puste szlaki i bezdroża oraz kontakt z prawdziwą dziką przyrodą, powinien udać się bardziej na zachód. Okolice górnej Osławy nie mają tej renomy, którą cieszy się Cisna czy Wetlina, zachowały jednak klimat pierwotnej surowości. Komu smakują drewniane cerkiewki, temu lepiej skierować się za San, ku Ustrzykom Dolnym i Lutowiskom. Tereny te zwrócone zostały Polsce przez ZSRR dopiero w 1951 r., ominęły je zatem zniszczenia z czasów powojennych walk polsko-ukraińskich. Nie ma tam już tylko Ukraińców. A jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak modlą się w cerkwi ostatni z dawnych mieszkańców bieszczadzkich gór, musi zwrócić się w całkiem inną stronę - na Komańczę i Rzepedź.

Luboński zadbał o to, by pokazać, jak bogatym kulturowo regionem było niegdyś to pogranicze. Przenikały się tu wpływy polskie, ukraińsko-łemkowskie, żydowskie, słowackie, węgierskie, a nawet rumuńskie. Wertując kartki przewodnika można też ocenić, jaką katastrofą były dla tych ziem wydarzenia wojny, a szczególnie lat 1945-47, po których na miejscu olbrzymiej większości ludnych ukraińskich wiosek wyrosła stepowa trawa. W książce nie omija się tego trudnego rozdziału najnowszej historii, znanego kilku pokoleniom Polaków głównie ze sloganów typu "łuny w Bieszczadach". Co więcej, lektura przewodnika uczy, jak mądrze odczytywać tę historię, potępiając zbrodnię - niezależnie od tego, kto się jej dopuścił - lecz jednocześnie oddając szacunek ukraińskiej walce o niepodległość. Znalazło się też tutaj miejsce na podstawowe informacje pozwalające zrozumieć odrębność wschodniego chrześcijaństwa oraz lokalną specyfikę bieszczadzkich cerkwi.

Nie mniej cennym atutem niż historia jest aktualność przewodnika. Dowiemy się z niego nie tylko tego, jakie gatunki dzikich zwierząt możemy spotkać na bieszczadzkim szlaku, ale też tego, które z nich mamy szanse spotkać tam rzeczywiście. A to istotna różnica. Zwierzęca populacja zmienia się z roku na rok. Jeszcze przed dekadą biegało po Bieszczadach pięć wilczych watah, obecnie pozostały tam zaledwie dwie. Do spotkania z niedźwiedziem trzeba mieć dużo szczęścia lub też równie dużego pecha - jak sugeruje autor przewodnika.

Prawdziwą ozdobą książki są zdjęcia rodziny Naterów z Leska.

@RY1@i02/2009/198/i02.2009.198.184.010a.001.jpg@RY2@

Daniel Pach/FORUM

Na połoninie

@RY1@i02/2009/198/i02.2009.198.184.010a.002.jpg@RY2@

"Bieszczady"

Opracowanie: Paweł Luboński, zdjęcia: Ryszard, Zygmunt i Stanisław Naterowie, wyd. VII, BOSZ 2009

ciekawą narrację; kompetencje autora; solidne tłumaczenie i redakcję; atrakcyjną grafikę; oryginalny pomysł na książkę.

Jacek Borkowicz

jacek.borkowicz@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.