Teatr wierny sobie i publiczności
Spotkaniem ze Sławomirem Mrożkiem obchody jubileuszu swego 60-lecia zaczął warszawski Teatr Współczesny. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jakie będzie największe wydarzenie literackie dekady. Co najmniej dekady
Minęło kilka dni, a wspomnienie czwartkowego wieczoru wciąż mnie nie opuszcza. Rzecz nawet nie w tym, że jedna z najważniejszych nie tylko warszawskich scen rozpoczęła świętowanie urodzin. Niezwykłość spotkania przy ulicy Mokotowskiej polega na tym, że niezwykle rzadko zdarzają się podobne, sklecone zapewne naprędce i na bardzo konkretną okazję, małe przedstawienia, w których wszystko tak idealnie znalazłoby się na swoim miejscu, złączone smakiem nie do podrobienia, delikatnie nasyconym ironią dystansem, dyskretnym humorem.
Na scenie były trzy portrety i trójka wykonawców. Młody Sławomir Mrożek z czasu, kiedy żywo korespondował z Adamem Tarnem. Sam Tarn, założyciel miesięcznika "Dialog", a wtedy także szef literacki Współczesnego. I trzeci bohater ich listów - Erwin Axer, ojciec teatru przy Mokotowskiej, reżyser najważniejszych jego spektakli, wierny i przenikliwy inscenizator sztuk Mrożka. Mniejsza już o to, że listy Mrożka do Tarna zebrane w opublikowanym właśnie przez Wydawnictwo Literackie tomie wspaniale czytał Andrzej Zieliński, a odpowiadał mu - jako Tarn - Wojciech Pszoniak. I mniejsza o smaczny i jakże celny pomysł obecnego dyrektora Macieja Englerta, by samemu, nie ukrywając tremy, "zagrać" swojego wielkiego poprzednika. Idzie o coś więcej, co każe uznać skromny wieczór inauguracji jubileuszu za w pełni trafiony, doskonale rokujący na przyszłość. Otóż, siedząc we czwartek na wypełnionej do ostatniego miejsca widowni Współczesnego, można było przypomnieć sobie, co znaczy teatr robiony przez inteligentów dla inteligentów. Bez niepotrzebnych mrugnięć do nie rozumiejącej ich języka publiczności.
Siła Teatru Współczesnego od początku polegała bowiem na jego elitarności. Współczesny był nie tylko z nazwy. To tu odbyła się polska prapremiera "Czekając na Godota" Becketta, tu po odwilży 1956 roku Axer konsekwentnie wprowadzał na afisz dramaturgię najnowszą spod znaku Frischa, Pintera, Ionesco, Bonda, ale też nowocześnie odczytaną klasykę Szekspira, Czechowa, Schillera czy Goethego. To nie był repertuar lekki, łatwy i przyjemny, choć przez maestrię wykonania i precyzję reżyserii niewątpliwie atrakcyjny. Można powiedzieć, że już pod koniec lat 50. Współczesny na ówczesnej teatralnej mapie Warszawy był firmą. Kolejna dekada stanowi jego rozkwit - najlepszy czas w 60-letniej działalności, znaczony takimi choćby premierami, jak "Kariera Arturo Ui" Brechta z wielką kreacją Tadeusza Łomnickiego czy "Tango" Sławomira Mrożka z Fijewskim, Czechowiczem, Michnikowskim, Pawlikowskim - obie rzecz jasna w reżyserii Axera.
To ostatnie wydarzenie ma w ostatnim półwieczu polskiej sceny znaczenie szczególne, na gorąco zaś uznano je za najważniejszą dla teatru datę od premiery "Wesela" Wyspiańskiego. Wokół przygotowań do wystawienia "Tanga" obraca się część korespondencji Mrożka z Tarnem, przywołana także podczas pierwszego z jubileuszowych wieczorów. Z niego pochodzi także słynna "La Cumparsita" oraz głosy Fijewskiego (Eugeniusz) i Czechowicza (Edek), które usłyszeliśmy z nagrań. Od "Tanga" Mrożek chciał być grany przede wszystkim we Współczesnym, stając się dla tego teatru autorem ikonicznym. Takim, w którego dziele chyba nie całkiem przypadkiem zawarł się artystyczny program Axera i jego Współczesnego, przejęty później z sukcesem przez Macieja Englerta. Streścić go można najprościej hasłem "wierność sobie, własnemu smakowi i gustowi".
Lata temu smak Współczesnego można było poczuć przynajmniej tam, gdzie zwykła bywać jego publiczność. Teraz spektakle też odnoszą frekwencyjne sukcesy, a jednak styl Współczesnego idzie na bok. A i na Mokotowskiej zdarzają się (na szczęście rzadko) podchody pod nowe trendy.
Mrożek obecny był na tej scenie w 11 różnych inscenizacjach, dlatego nazywano czasem teatr jego domem. Pamiętam doskonale drugie "Tango" ze Współczesnego, to wyreżyserowane przez Englerta, mam przed oczami "Ambasadora" i "Miłość na Krymie" w inscenizacji Axera. Mimo że od słynnego 1965 roku, do czasu, kiedy je oglądałem, minęły ponad trzy dekady, wciąż można było wyczuć między widzami i aktorami to samo chyba porozumienie. Jedni wiedzieli doskonale, co i dla kogo grają, drudzy nie przez przypadek właśnie na takie przedstawienia przychodzili. Powiem szczerze - coś podobnego zdarza się na Mokotowskiej i dziś, gdzie indziej zaś bardzo rzadko się zdarza.
Autor "Portretu" był zatem na wieczorze inaugurującym jubileusz gościem najbardziej naturalnym. Andrzej Zieliński czytał nie tylko jego listy, ale i fragmenty szykowanego do druku, pisanego na przestrzeni bodaj 40 lat dziennika. Całość liczy ponoć cztery tysiące stron, a pierwszy tom ukaże się na przełomie 2010 i 2011 roku. Już odczytane ułamki mówią, że publikacja ta stanie się najważniejszym literackim wydarzeniem nie w skali lat, a dekad. Zyskamy coś na miarę "Dzienników" Gombrowicza, o tyle chyba od nich istotniejszych, bo pisanych sobą, a nie z potrzeby autokreacji. Wszystko to - listy z Tarnem, planowane do druku korespondencje ze Stanisławem Lemem i Erwinem Axerem, "Dziennik" - wreszcie pozwolą pewnie na nowo odkrywać Mrożka. Spełniło się jego żartobliwe marzenie - jest klasykiem. Tyle że wciąż wymykającym się, ulotnym. Przez lata jakoś "przyszpilał" go Współczesny, teraz - na nasze szczęście - przyszpila się sam.
@RY1@i02/2009/194/i02.2009.194.000.016a.001.jpg@RY2@
Wojciech Grzędziński
Sławomir Mrożek w Nicei, 2008 rok
jacek.wakar@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu