Epokę stalinizmu widzę bez kolorów
Debiutuje pan filmem czarno-białym. Czy nie obawiał się pan kłopotów z dystrybucją?
MAGDALENA MICHALSKA:
BORYS LANKOSZ*:
@RY1@i02/2009/184/i02.2009.184.000.018b.101.jpg@RY2@
Krzysztof Mystkowski / KFP
Borys Lankosz
Nie doceniamy widza, który jest bardzo inteligentny. Od początku wiedzieliśmy, że film musi nawiązywać do stylistyki tamtej epoki i równocześnie musi ją przełamywać. To odpowiadało formie scenariusza, który ma konwencjonalny początek, a potem zaczyna szaleć, bawić się kinem. Szukaliśmy do tego formalnego klucza. Od początku była między nami zgoda, że to będzie film czarno-biały. Kiedy myślę o tamtych latach, widzę je bez kolorów. Złapałem się nawet na tym, że w genialnym "Pianiście" zrobionym z właściwą Polańskiemu precyzją przeszkadza mi kolor. We mnie on wyzwala poczucie obcości i sztuczności i nie chodzi tu o błąd realizatorów filmu, tylko ja wyobrażam sobie te czasy przez pryzmat kronik, czarno-białego obrazu.
W pierwszej scenie, w której pojawia się Bronisław, czyli Marcin Dorociński, myślałem właśnie o Tyrmandzie. Miałem bardzo jasne wyobrażenie, jak "Rewers" ma wyglądać, chciałem, żeby miejscami był utrzymany w estetyce filmu noir. Bardzo pomogli mi scenografowie, warszawiacy Magda Dipont i Robert Czesak. To nie jest sprzyjające ekipom filmowym miasto, niewiele zostało miejsc nieskażonych, zachowanych w niezmiennym kształcie. Przestrzeń jest bardzo zniszczona w sensie filmowym - niby budynek się zachował, ale tu antena satelitarna, tu kostka Bauma, tam siding. Długo szukaliśmy domu, w którym mieszkają bohaterki filmu, miał przypominać wyspę, trochę jak z "Delicatessen". Co do "Złego", to moim zdaniem to powieść nie do przełożenia na film. Pięknie o tym Gombrowicz pisał, że u Tyrmanda wszystko mieni się w języku: jak używa języka, jak wszystko w tym języku wykreował. Film według tej powieści mógłby zrobić Tim Burton.
Niewiele jest w Polsce dobrych ról kobiecych i kiedy Polony i Janda otrzymały scenariusz, weszły w to bez wahania. Pytano mnie, czy nie czuję tremy, bo to pierwszy film i pierwsza współpraca z tak wielkimi nazwiskami. Najszczerzej w świecie odpowiadam: nie. Bałbym się, gdybym pracował z amatorami. A w zespole z takimi profesjonalistami, kiedy wiedziałem, co chcę osiągnąć, to nie miało prawa nie zadziałać.
Chciałbym zrobić adaptację "Fabryki muchołapek" Barta, znakomitej powieści o łódzkim getcie. Z Bartem zrobiliśmy w tym roku dokument "Radegast". Zbieranie dokumentacji trwało pięć lat, więc myślę, że jestem przygotowany do tematu. W "Fabryce muchołapek" postmodernizm spotyka Holokaust. To tak jakby Wojciech Jerzy Has wziął kwasa. Myślę o koprodukcji, bo film wymaga dużego budżetu. Chciałbym, żeby John Turturro w nim wystąpił - całą rolę zagrałby, nic nie mówiąc, a w ostatniej scenie miałby wielki monolog.
(rocznik 1973) dotychczas zajmował się głównie realizacją dokumentów (m.in. "Rozwój", "Polacy Polacy")
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu