Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Absurdalne dopiski Jana Klaty do "Ziemi obiecanej" Reymonta

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Spektakl, którego premiera odbyła się w ramach Festiwalu Dialogu IV Kultur, to klęska. Zamiast krytyki kapitalizmu, oskarżenia finansowych elit i analizy ich zakulisowych gier, wyszło nijakie przedstawienie gubiące sens powieści

Trudno się było spodziewać, że inscenizując "Ziemię obiecaną", Jan Klata da dzieło równoważne wobec wielkiego filmu Wajdy lub stanowiące sceniczny ekwiwalent powieści Reymonta. Można natomiast było liczyć na spektakl drapieżny, ostro rozprawiający się z demonami kapitalizmu. Nic z tego.

Reymont na nowo

Znów było tak jak zawsze. Premiera najnowszej inscenizacji Klaty odbyła się podczas łódzkiego Festiwalu Dialogu IV Kultur, rzecz jasna w atmosferze wydarzenia. Reżyser udzielił przedtem licznych wywiadów, mówiąc, że o filmie Andrzeja Wajdy niemal wcale nie myślał, że spektakl nie będzie o Łodzi i tak dalej. W powodzi słów tylko jedno zdanie zwróciło moją uwagę. O tym, że "Ziemia obiecana" będzie korespondować z innym filmem, niż się wszyscy spodziewali - z "Wall Street" Olivera Stone’a. To świetnie - pomyślałem - Klata zna swoje miejsce, wie, że Wajdy nie przebije, zatem zabiera się do sprawy od innej zupełnie strony.

Adaptowanie powieści pokroju epopei Reymonta jest zadaniem nie tyle karkołomnym, co prawdę mówiąc niemożliwym. Lepiej i uczciwiej spróbować zatem ledwie wariacji na temat. W przypadku przedstawienia Klaty mogło to oznaczać sceniczny protest song na temat polskiego kapitalizmu, wściekłe oskarżenie finansowych elit albo cyniczną analizę ich zakulisowych gier. Każda z tych opcji byłaby wielokroć lepsza od wersji, którą zobaczyliśmy w Łodzi.

"Ziemia obiecana" nie przypomina w niczym najlepszych przedstawień Klaty - "Orestei" i "Sprawy Dantona". Ten ostatni spektakl był sprawnie nakręconą, precyzyjnie zaprogramowaną machiną, widowiskiem dynamicznym i efektownym, choć może z nazbyt oczywistą, antyrewolucyjną tezą. Klata jawił się w nim jako artysta, który wie, co i jak chce powiedzieć. "Ziemia obiecana" jest na tle "Sprawy Dantona" jedynie nieudolną wprawką - przedstawieniem wadliwie pomyślanym, fatalnie obsadzonym, pozbawionym napięcia.

Ziemia niczyja

Trudno domyślić się, po co była reżyserowi przygoda z Reymontem. Po obejrzeniu przedstawienia nie wiem, co Klata o "Ziemi obiecanej" myśli. Czy się z Reymontem w jego diagnozach zgadza, czy może chciałby z nim polemizować. Klata do spółki z dramaturgiem Sebastianem Majewskim wykroił z powieści dwugodzinną błahą opowiastkę o... No właśnie, nie bardzo wiadomo o czym. Wszystkim, którzy po nowej "Ziemi obiecanej" spodziewali się uderzenia między oczy, będą walczyć, by utrzymać je otwarte. Rzecz dotyczy bowiem trójki mężczyzn bez właściwości. Nie wiadomo, jakie są motywacje działania Karola Borowieckiego (Bartosz Porczyk), po co właściwie chce uruchamiać swój interes, co poza wąsem widzą w nim kobiety. Ginie gdzieś związek z Lucy Zucker (Ewa Skibińska), relacje z Madą Mueller (Anna Ilczuk) i Anką Kurowską (Paulina Chapko) zostały sprowadzone do mechanicznych gestów. Jeszcze gorzej z Morycem Weltem i Maksem Baumem, bo Michał Majnicz i Jakub Giel grają ich tak, iż trudno zauważyć, że występują w przedstawieniu.

Utracone szanse

Jest to zatem "Ziemia obiecana" bez bohaterów, co więcej jest to też "Ziemia obiecana" oderwana od rzeczywistości. Absurdalne dopiski do Reymonta oraz ogólny entourage całości mogłyby wskazywać, że akcja toczy się tu i teraz. Wniosek wypływa z tego smutny, bo znaczy to, że Jan Klata kojarzy współczesność wyłącznie z laptopami wnoszonymi przez każdego z aktorów. Tyle plus odśpiewane w kulminacyjnej sekwencji "Money, Money, Money" wystarczy za znak aktualności?

Rozmiar tej klęski zadziwia bowiem nawet tych, którym z teatrem Jana Klaty nigdy nie było po drodze. Zdumiewa, że reżyser marnuje tym razem bez wyjątku wszystkie podarowane mu szanse. Gubi gdzieś bezpowrotnie potencjał książki, a także temat, wydawałoby się, wymarzony. Szef Festiwalu Dialogu IV Kultur Grzegorz Niziołek, zapowiadając "Ziemię obiecaną", mówił coś o "inscenizacji wywrotowej". Nie wiem, czy po łódzkiej premierze podtrzymałby tę opinię, zobaczyliśmy bowiem spektakl - odwrotność zapowiadanego, teatr aż do przesady zachowawczy, grzeczny, nieszukający punktów zapalnych. Mógł Klata dać mocny komentarz do naszej współczesności, miał w ręku materiał do jej oskarżenia. Jeśliby sądzić po tej "Ziemi obiecanej", najbardziej odważny ponoć polski reżyser nie dostrzega wynaturzeń kapitalizmu ani rodzących się w jego kręgu pokus. Nie ma o nowej Polsce i nowym świecie nic do powiedzenia.

Ocalam z tej inscenizacji dobrze pomyślaną, choć niewykorzystaną, przestrzeń fabryczną (scenografia Justyny Łagowskiej), kontrolowaną brutalność Wiesława Cichego w roli Muellera, sceniczny wdzięk Pauliny Chapko. Tylko tyle. Cała reszta świadczy, że potwierdza się to, o czym pisałem rok temu po bydgoskiej premierze "Witaj/Żegnaj". Jan Klata wydaje się dziś artystą w fazie kryzysu, na gwałt potrzebuje w swym teatrze nowego impulsu, zmiany scenicznego języka, innej pracy z aktorem. Dziś jego teatr tylko w deklaracjach może uchodzić za wywrotowy. W istocie jest zawstydzająco bezpieczny, boleśnie nijaki. Dla mnie niepotrzebny.

@RY1@i02/2009/179/i02.2009.179.000.017a.101.jpg@RY2@

Materiały prasowe

Scena ze spektaklu "Ziemia obiecana" w reżyserii Jana Klaty

"Ziemia obiecana"

reżyseria: Jan Klata Festiwal Dialogu IV Kultur

Jacek Wakar

jacek.wakar@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.