Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Gra dla trojga

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Niskobudżetowy thriller na troje aktorów. Gdyby nie mroczne emocje, oglądanie go byłoby przyjemnością

Znakomicie zrealizowany i zagrany debiut brytyjskiego scenarzysty i reżysera J Blakesona działa jak powoli zaciskająca się na szyi pętla. Dławi cicho i skutecznie, nie poluzowując napięcia.

Przez pierwsze dziesięć minut w filmie nie pada ani jedno słowo. Widzimy dwóch mężczyzn działających w skupieniu, najwyraźniej według opracowanego planu. Kradną furgonetkę, kupują spore ilości tłumiącej dźwięki maty, sznura i taśmy klejącej. Przygotowują puste mieszkanie, wyposażając je między innymi w system zamków. Ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że cel ich działań jest w gruncie rzeczy złowrogi. Pomysłowo zmontowane sekwencje ruchu i zbliżeń budują nieokreślone jeszcze napięcie.

Wkrótce sytuacja się wyjaśnia: do furgonetki, a potem do mieszkania trafia młoda kobieta (Gemma Arterton). Dziewczyna zostaje w metodyczny sposób przykuta do uprzednio przygotowanego łóżka, rozebrana, zakneblowana i sfotografowana. Zdjęcia trafią do zamożnego taty Alice Creed wraz z żądaniem okupu. Jej przerażenie, upokorzenie i bezradność są ściśle wpisane w założone z góry działania zamaskowanej pary przestępców: starszego i bardziej bezwzględnego Vica (Eddie Marsan) oraz wypełniającego polecania Dannyego (Martin Compston).

Jednak sprawy zaczynają przyjmować mniej oczywisty obrót. Gdy dziewczynie udaje się częściowo wyswobodzić z więzów, trzymany na muszce złoczyńca ujawnia swoją tożsamość. Okazuje się, że Danny jest chłopakiem Alice i ma swój własny plan dotyczący przebiegu porwania i uzyskania pieniędzy od papy. Od tej pory między całą trójką zaczyna się gra zaufania, w której stawką jest życie każdego z graczy, zaś w miarę rozwoju akcji ujawniają się kolejne pokłady emocji i wzajemnych relacji.

Scenariusz ma w sobie precyzję i dyscyplinę sztuki teatralnej. Choć akcja rozgrywa się niemal całkowicie w jednym pomieszczeniu i rozpisana została na troje aktorów, obraz ma filmowy oddech. J Blakeson, debiutant bez formalnego reżyserskiego wykształcenia, zaczynał od realizacji filmów amatorskich i pisania scenariuszy. W "Uprowadzonej" widać tę drogę samodoskonalenia. Nie ma zbędnych scen ani dialogów, zaś inwencja w budowaniu atmosfery stricte filmowymi środkami i znajomość wizualnych chwytów zdradza kinomana na miarę Tarantino. Blakeson zresztą szczerze przyznawał w wywiadach, że jego szkołę filmową stanowiły właśnie setki obejrzanych filmów.

Na korzyść "Uprowadzonej" działa też świetnie dobrana obsada. Zwłaszcza Eddie Marsan, którego ostatnio oglądaliśmy jako inspektora Scotland Yardu w "Sherlocku Holmesie", zaskakuje szkockim akcentem, wiarygodnie zbudowaną i w nieoczywisty sposób skomplikowaną psychiką recydywisty.

@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.0025.001.jpg@RY2@

Propozycja zagrania w tym obrazie przyszła w momencie, gdy byłam pomiędzy dwiema dużymi produkcjami "Starciem tytanów" i "Księciem Persji". Scenariusz mnie zachwycił, zdjęcia próbne wypadły tak dobrze, że już po kilkudziesięciu sekundach wiedziałam, że dostałam rolę Alice. Jednak muszę przyznać, że aktorsko okazało się to bardzo trudnym i wymagającym zadaniem. Wcielając się w postać porwanej dziewczyny, musiałam obcować z bardzo mrocznymi uczuciami, dopuścić do siebie rzeczy, których normalny człowiek nie chce oglądać z bliska. Zdjęcia trwały krótko ze względu na ograniczony budżet, praca była niezwykle intensywna i pozostawiła mnie z poczuciem bezradności i osamotnienia, ale cenię ją jako jedną z najlepszych w moim dotychczasowym dorobku.

not. kn

Katarzyna Nowakowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.