Czempionat zaplecza
Gdzie działa najwięcej dobrych teatrów amatorskich? Tam, gdzie internowano działaczy Solidarności. Spektakl "Trzy siosry" jest tego dowodem
Nazwa Białołęka kojarzyła mi się do tej pory wyłącznie z więzieniem. Potem wyrosły tu nieprzebyte labirynty warszawskich blokowisk. Kiedy dowiedziałem się, że w Białołęckim Ośrodku Kultury działa w skali ogólnopolskiej najwięcej teatrów amatorskich na metr kwadratowy, postanowiłem sprawdzić, czy ilość przechodzi w jakość.
Najpierw zachwyciłem się spektaklem "Dziennik Anny Frank" w reżyserii Julii Kotarskiej-Rekosz, jednodniowego festiwalu Garderoba w BOK-u - świeże i czyste. Młoda aktorka Monika Gapińska zrobiła z Anny dziwne stworzonko, elficę zdumioną złym światem. Żydowska dziewczynka, która dorasta, ukrywając się przed nazistami, w kompletnej izolacji od świata afirmuje drobiazgi ze swego pokoju, obserwuje, jak jej ciało z niezbadanego terytorium staje się schronem miłości. I pisze, i gada, żeby nie bać się i nie zwariować. Delikatna opowieść o dojrzewaniu i nadziei zostaje przerwana brutalnym waleniem w drzwi: znaleźli ją. Anna nie przeżyje wojny. Jeśli tak gra warszawskie Studio Teatralne, to co pokażą działające w tym ośrodku inne zespoły, podobno lepsze?
Na Czechowowskich "Trzech siostrach", najnowszej premierze Teatru 13 Tomasza Służewskiego - tłumy. Grają tylko w weekendy, nie płaci się tu za bilety, widzowie otrzymują darmowe zaproszenia po telefonicznej rejestracji. Publiczności nie odstrasza informacja, że przedstawienie trwa dwie i pół godziny bez przerwy. A na scenie, w prościutkiej, realistycznej dekoracji kotłuje się ludzki dramat. Służewski mało skreśla w tekście Czechowa, podmienia tylko wojskowych na nauczycieli z małomiasteczkowego gimnazjum. Byle jaki porządek prowincjonalnego świata stopniowo ulega degradacji, codzienne ceremonie wspólnych kolacji i wizyt stają się coraz bardziej rozpaczliwe i puste. Bohaterowie coraz więcej piją, coraz gorzej się ubierają, są zmęczeni robotą i udręczeni psychicznie. I mają coraz mniej tolerancji wobec siebie. Zdziwaczały doktor Czebutykin (fałszywie poczciwy Wiktor Skowroński) chla w samotności, Wierszynin (Marcin Majkut) nie panuje nad agresją. Żegnając się na zawsze z Maszą, będzie mamrotał wściekle pod nosem "Kurwa, kurwa", bo schrzanił swoją ostatnią szansę. W finale na tańczącą Olgę (pełna pasji Sylwia Dawidczyk) spada deszcz starych fotografii: wszystko, co dobre, już było, innego życia nie będzie. Jest w tym zdumiewająco klimatycznym przedstawieniu kilka odkryć interpretacyjnych - choćby to, że drobne epizody oficerów Fiedotika i Rhode (duet Kempisty - Bednarek) można połączyć w opowieść o sympatycznej gejowskiej parze, która w końcu musi wyjechać z miasteczka, bo szkoła podupadła, bo nie ma pracy, bo pewnie komuś zaczęli przeszkadzać. "Powiadam wam: wy się jeszcze w tej Polsce pożenicie" - żegna ich dwuznaczną frazą głupiutki Kaługin.
To, co Krzysztof Dzierżek robi z tą rolą, to mówiąc po sportowemu, "czempionat zaplecza ekstraklasy". Niewielu scenicznych Kaługinów, których dotąd widziałem, potrafiło odkryć i obronić dramat małego i pustego człowieka, który nagle zrozumiał, że źle ulokował swoje mizerne uczucia.
W Teatrze 13 udzielają się hotelarze, spece od analizy danych biznesowych, emeryci, studenci, pracownicy mediów. Nieco młodszy skład tworzy inną białołęcką grupę - Kompanię Teatralną Mamro, której szefuje Grzegorz Reszka. Kiedy na początku roku zobaczyłem ich "Grunwald 2000" z cyklu "Muzeum", mało ze śmiechu nie spadłem z krzesła. Reszka i jego zespół ożywiają na jeden wieczór bohaterów Matejki. W pustym muzeum po pijackiej awanturze namalowani rycerze dokonują nieznacznej korekty sensów historycznego obrazu. Mamrowcy drwią z polityki historycznej, proponując w jej miejsce "historyzm abstrakcyjny". Reszka obsadza w głównych rolach dziewczyny z domalowanymi wąsami, otacza je chórem komicznych cudaków i bezpretensjonalnie galopuje po polskich mitach. To na pewno najśmieszniejsza rzecz, jaką zaserwowano nam z okazji niedawnej 600. rocznicy słynnej bitwy. Reszka z pełną odpowiedzialnością dopisuje się do zacnego grona teatralnych sowizdrzałów.
Gdyby niniejszy raport o białołęckich teatrach był napisanym przez niego scenariuszem filmu sensacyjno-politycznego z elementami mistycyzmu zen, to kończyłby się sceną retrospektywną. Oto w grudniową noc 1981 roku Michnik, Kuroń, Lityński i Komorowski siedzą w jednej celi i kurząc skręty, snują najbardziej nierealne wizje życia w wolnej Polsce. Nagle ktoś, może Kuroń, bo w końcu był to niepoprawny marzyciel, odzywa się w te słowa: "A ja wam powiadam, że będzie jeszcze teatr w Białołęce!". Internowani wybuchają gromkim śmiechem.
A najgłośniej śmieje się historia - bo naprawdę dobry teatr robią dziś w Białołęce.
@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.0040.001.jpg@RY2@
Łukasz Drewniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu