Na najsłynniejszych błotach Europy
Bagna biebrzańskie to nie tylko atrakcje dla miłośników ptaków. Jeśli ktoś wczuje się w ich monotonny, pozornie niegościnny klimat, będzie tutaj wracał
Napieram całym ciałem na długie wiosło. Tratwa leniwie przesuwa się po zielonym dywanie, rozgarniając szuwary i strącając na belki nadwodne żyjątka. Południowe słońce mocno przypieka, ale nikt nie narzeka na upał. Przecież w każdej chwili można położyć się brzuchem do góry na pokładzie i ochłodzić stopy w powolnym nurcie albo nawet, prosto od wiosła, dać nura do rzeki. Pojazd nigdzie nam nie odpłynie.
Wybierając się na wyprawę tratwą w dół Biebrzy, wystrzegajmy się mierzenia jej mapy linijką. Rzeka w górnym biegu meandruje w niezliczonych zakolach i splotach, przez co staje się trzykrotnie dłuższa, niż się wydaje. Dlatego na przepłynięcie pozornie krótkiego odcinka z Lipska do Sztabina (20 km w linii prostej) trzeba przeznaczyć aż osiem dni. A i to przy założeniu, że będziemy ostro przykładać się do wiosła. Prąd rzeki jest tu ledwo zauważalny i co chwila natrafiamy na mielizny, więc tratwę trzeba brać na pych.
Ale czas spędzony na spływie daje nam gwarancję absolutnej swobody, jaką daje kontakt z nieskażoną naturą. Po drodze widzimy tylko wodę, zieleń i niebo. O cywilizacji przypomina nam jedynie mijany w połowie drogi most kolejowy trasy Warszawa - Augustów.
Nocujemy tam, gdzie nam się podoba. Nie trzeba nawet brać namiotów. Każda sześcioosobowa tratwa posiada drewniane zadaszenie, pod którym spokojnie można rozłożyć karimaty i śpiwory.
Przed wschodem słońca wspinam się na zgrabnie umieszczony na pokładzie tratwy pomost obserwacyjny. Nad morzem trzcin unoszą się mgły i słychać okrzyki budzących się ptaków. Czegóż tu nie ma! Żurawie, kaczki różnych gatunków, czajki i bekasy oraz całe mnóstwo szuwarowej drobnicy: bąki, bączki, kurki, rokitniczki... Nietrudno też wypatrzeć jastrzębia albo myszołowa. Dalej w dół rzeki gnieżdżą się nawet orły przednie i bieliki.
Basen Biebrzy, aż po jej ujście w okolicy Wizny, to największy w tej części Europy rezerwat dzikiego ptactwa. Z całego świata przyjeżdżają tu "birdwatcherzy", by przez lornetkę pooglądać sobie żerujące bataliony albo przy odrobinie szczęścia tokującego cietrzewia. W osadzie Gugny, na którą składa się kilka drewnianych chałup na skraju rozlewiska, rozlokowała się baza Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Każdego roku wolontariusze nakładają tam wodery (wysokie nieprzemakalne buty) i idą w bagna, by liczyć populacje rzadkich gatunków, np. prawie niespotykanej poza Biebrzą wodniczki.
By zobaczyć grubego zwierza, najlepiej wybrać się na Czerwone Bagno. To najbardziej rozległa część bagien, położona w środkowym biegu rzeki. Od stacji Biebrzańskiego Parku Narodowego przy leśniczówce Choszczewo trzeba iść w głąb topielisk przez ciągnące się kilka kilometrów wzniesienia lasu Grzędy. Gdy wreszcie wychodzimy na łąki, aż dech zapiera od przestrzeni! Po zielonych polach spacerują biebrzańskie olbrzymy - łosie. Czasem samotnie, częściej w grupach po kilka sztuk. By łatwiej wypatrzyć ich zwaliste sylwetki na tle rozległej równiny, trzeba wspiąć się z lornetką na wieżę obserwacyjną.
Nie zawsze było tu tak spokojnie. Jeszcze wiele lat po zakończeniu II wojny światowej na bagnach ukrywali się antykomunistyczni partyzanci, na których nie raz urządzano nad Biebrzą regularne obławy z użyciem wojska. Do niedawnych czasów wioskowym pożarom nieodmiennie towarzyszył tu trzask wybuchającej amunicji, ukrytej "na wszelki wypadek" w słomianym poszyciu dachu.
Po partyzantach zagościli tu kłusownicy i przemytnicy. Ci ostatni po 1989 r. w wiosce Jagłowo, otoczonej ze wszystkich stron moczarami Czerwonego Bagna, urządzili nawet... lotnisko. Wypełnione uchodźcami z Wietnamu awionetki przekraczały niedaleką białoruską granicę i lądowały na drodze biegnącej przez środek wsi.
Krajobraz bagien trudno określić jako malowniczy. Teren jest tu płaski, tylko gdzieniegdzie nad łąkami wznoszą się piaszczyste wydmy. Nie ma tutaj również wysokopiennych lasów - te rosną nieco dalej, w wyższych i bardziej suchych partiach doliny.
Jeśli ktoś potrafi zakochać się w tych przepełnionych melancholią widokach, na pewno jest to miłość z przekonania. Jeszcze większej determinacji trzeba, by dobrowolnie osiąść tu na stałe. Tak jak przewodniczka Katarzyna Ramotowska lub jak Tomasz Kłosowski, który od wielu lat fotografuje biebrzańskie ptaki. Nieraz całe godziny spędza gdzieś na odludziu, w niewygodnej kryjówce, aby tylko złowić w obiektywie jakiś rzadki okaz.
O takich ludziach mówi się w okolicy, że są "biebrznięci".
To prawda, że dłuższy pobyt w tej krainie zmienia człowieka. Przede wszystkim relatywizuje poczucie czasu i prędkości.
Nie zdawałem sobie z tego sprawy aż do czasu, gdy po ośmiu dniach tratwowego spływu, wypełnionych mozolną walką z mieliznami, dotarliśmy do Sztabina. Tam umówieni wcześniej organizatorzy tej wyprawy załadowali tratwy na lawety, zaś ich załogi jakoś powciskali do szoferek. Wróciliśmy do Lipska po czekające tam samochody. Kiedy wsiadłem do swojego, wyjechałem na szosę i docisnąłem pedał gazu, wydawało mi się, że znalazłem się w promie kosmicznym. Dopiero po dłuższej chwili przyzwyczaiłem się do tempa cywilizacji.
@RY1@i02/2010/230/i02.2010.230.196.0007.001.jpg@RY2@
Masywne i jakby niezgrabne łosie nie są płochliwe. Jeśli potrafimy podejść zwierzę, łatwo je sfotografować
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu