Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Najlepszy scenarzysta świata?

Ten tekst przeczytasz w 8 minut

W ubiegłą sobotę zmarł Jerzy Stefan Stawiński. Najważniejszy w dziejach naszego kina scenarzysta, współtwórca polskiej szkoły filmowej, pisarz, reżyser. Człowiek renesansu, postać nie z tej epoki. Pisał tak, jakby patrzył na świat od razu przez obiektyw kamery, choć - jak sam mówił - do kina trafił przypadkiem

Chciał być pisarzem. Zaczynał od nowelek i opowiadań. Jedno z nich "Tajemnica maszynisty Orzechowskiego" zostało wydrukowane na początku lat 50. w "Życiu Literackim". Przeczytał je Tadeusz Konwicki i namówił Stawińskiego, żeby pojechał do biura kinematografii i przedstawił je jako scenariusz. Tam usłyszał, że w Polsce maszyniści nie giną pod parowozami, więc nikt tego nie zatwierdzi. A jednak Andrzej Munk zrobił na podstawie tego tekstu "Człowieka na torze" (1956) - jeden z manifestów odwilżowego kina. Opublikowane w "Twórczości" opowiadanie "Kanał" okazało się jeszcze ważniejsze. Oparł je Stawiński na własnych wspomnieniach powstańczych, gdy jako żołnierz pułku "Baszta" 27 września wraz z oddziałem ewakuował się kanałami z Mokotowa do Śródmieścia. Na fali odwilży 1956 roku wreszcie można było mówić o Powstaniu Warszawskim, a Andrzej Wajda postanowił nakręcić na podstawie "Kanału" film. Inny, niż się spodziewano. Bo "Kanał", choć przełamywał tabu milczenia wokół powstania, nie był hołdem ku chwale ojczyzny i bohaterstwa. "Film nie zaspokoi wymagań tych widzów, którzy czekają na pełną blasku apoteozę powstania. (...) Nie jest barwną czytanką o bohaterstwie Polaków. Nazwałbym go epopeją zmarnowanego bohaterstwa" - pisał w programie Stawiński. W 1957 roku publiczność czekała na film, który by bohaterski mit powstania zdefiniował i utrwalił. Tymczasem Stawiński i Wajda odważyli się przeciwstawić owej zbiorowej potrzebie, nie dawali nadziei na moralne zadośćuczynienie. Pokazali zwykłych, zrozpaczonych, utytłanych w gównie i błocie, przegranych żołnierzy, umierających w ściekach bohaterów mimo woli.

Po latach Stawiński przyznawał, że to opowiadanie i ten film były najważniejszym dokonaniem jego życia. Do powstania i okupacji wracał często w różnych konwencjach. W opowiadaniach "Węgrzy", "Ucieczka" i "Zakonnica", które stały się podstawą "Eroiki" (1956) Andrzeja Munka, w scenariuszach do "Zamachu" (1958) Jerzego Passendorfera, "Pogoni za Adamem" (1970) Jerzego Zarzyckiego, "Akcji pod Arsenałem" (1977) Jana Łomnickiego, "Godziny W." (1979) Janusza Morgensterna, w powieści "Młodego warszawiaka zapiski z urodzin" zaadaptowanej na film przez Ewę i Czesława Petelskich ("Urodziny młodego warszawiaka", 1980). Jego scenariusze były arcypolskie, dotykały narodowych traum, łamały tabu, szły pod prąd oczekiwaniom i gustom. Takie było napisane dla Munka "Zezowate szczęście" (1960), gdzie w groteskowo-karykaturalnej biografii ujął Stawiński kilkadziesiąt lat naszej najnowszej historii. Do postaci Jana Piszczyka, który w interpretacji Bogumiła Kobieli stał się wręcz archetypem polskiego antybohatera, powrócił w powieści "Smutnych losów Jana Piszczyka ciąg dalszy". Film Andrzeja Kotkowskiego "Obywatel Piszczyk" (1988) z Jerzym Stuhrem w głównej roli okazał się jednak bladym cieniem pierwowzoru. Taką samą klęską okazał się powrót do postaci Dzidziusia Górkiewicza z "Eroiki" w scenariuszu wyreżyserowanego przez Kazimierza Kutza filmu "Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza" (1993). Mówił Stawiński wtedy, że widocznie nie wie już o Polsce i Polakach tego, co wiedział wcześniej.

Ale Stawiński to nie tylko klasyk szkoły polskiej rozdrapujący narodowe rany. Pisał też scenariusze, po które chętnie sięgnęłoby kino amerykańskie, francuskie, włoskie. Mało kto pamięta, że to właśnie Stawiński napisał scenariusz "Krzyżaków" (1960) Aleksandra Forda, co - jak sam mówił - zajęło mu dwa tygodnie i było najłatwiejszą fuchą w życiu. Ciekawsze wydają się zwłaszcza z perspektywy lat jego kawałki współczesne, nieco zapomniane, w cieniu wielkich narodowych tematów. Choćby niedoceniony "Bilet powrotny" (1978), z wybitną rolą Anny Seniuk, o kobiecie emigrującej do pracy do Kanady, żeby syn mógł wybudować dom. Przepadł ten film także dlatego, że nakręcili go dyżurni reżimowi propagandziści - Ewa i Czesław Petelscy. Albo telewizyjny "Bo oszalałem dla niej" (1980) Sylwestra Chęcińskiego, o zaopatrzeniowcu i niespełnionym aktorze hochsztaplerze, który nie zdążył zaistnieć przed solidarnościowym karnawałem. Część ze swoich scenariuszy współczesno-obyczajowych, np. "Rozwodów nie będzie" (1963), "Pingwina" (1964), "Kto wierzy w bociany?" (1970), "Godziny szczytu" (1973), Stawiński wyreżyserował sam, gdy jako jeden z liderów tzw. buntu scenarzystów wziął się za przenoszenie na ekran swoich tekstów. Pomagała mu żona Helena Amiradżibi pochodząca z rodu gruzińskiej arystokracji. Reżyserem nie był jednak Stawiński wybitnym. Na dobrą sprawę tylko "Pingwin" ma dziś swoje miejsce w historii naszego kina.

Chciał Stawiński zostać pisarzem z prawdziwego zdarzenia, został największym scenarzystą w historii naszego kina. Miał fotograficzny styl, wyczucie dialogu, opowiadał obrazem. Takim autorom w Hollywood płaci się miliony. Jego teksty filmowe zebrane w wydanej w zeszłym roku antologii, choć różne stylistycznie, nawet gdy mają formę opowiadań, są właściwie skończonymi scenopisami, gotowymi do przeniesienia na ekran. W naszym kinie scenarzyści nigdy nie byli doceniani. Dlatego przed laty się zbuntował, czuł się autorem i właścicielem tego, co napisał, a nie tylko kinematograficznym rzemieślnikiem, z którego pracy śmietankę spijali inni. Nie ukrywał, że praca scenopisarska była dla niego z jednej strony źródłem zarobku, a z drugiej twórczością, co w warunkach rodzącego się kultu filmu autorskiego wydawało mu się nie do pogodzenia. Od połowy lat 80. pisał więc mniej, choć przecież według jego tekstów Kazimierz Kutz zrealizował w 1995 roku "Pułkownika Kwiatkowskiego", a przed trzema laty Michał Kwieciński bardzo sympatyczny telewizyjny film "Jutro idziemy do kina". Uważał, że aby pisać, trzeba mieć coś do powiedzenia. On miał świadomość, że potrafi pisać filmowo. Opowiadał, jak w telewizji oglądał jakiś stary film i spodobały mu się dialogi. Dopiero po chwili zorientował się, że to jego własne "Bo oszalałem dla niej" zrobione przez Chęcińskiego. Oglądałem ten film wczoraj, przedwczoraj "Pingwina". Oba może nie są arcydziełami, ale opowiedziane są świetnie. Trochę nie po polsku, bardziej po amerykańsku. A przecież nie wszystko z tego, co napisał dla kina, zostało zrealizowane. Choćby zamieszczona we wspomnianym zbiorze "Czerwona kurtyna", rozgrywająca się między 1945 a 1948 rokiem w łódzkim teatrzyku rewiowym i celnie opisująca zawłaszczanie rzeczywistości przez władzę ludową. To jest materiał na komediodramatyczny musical w stylu "Kabaretu" z piosenkami Wojciecha Młynarskiego. Po ten tekst planuje sięgnąć Maciej Englert. To dobrze, bo szkoda, żeby się zmarnował, a film byłby właśnie najwspanialszym epitafium dla Stawińskiego. Lepszym niż pomnik. A swoją drogą można by nazwać jego imieniem kanał z Mokotowa na Śródmieście. W końcu powstańczy kanał był jego zstąpieniem do Hadesu, granicznym przeżyciem, które naznaczyło go na całe życie.

@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0006.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0006.002.jpg@RY2@

fot. Maksymilian Rigamonti; EAST NEWS/POLFILM (2); TVP/EAST NEWS; BE&W; shutterstock

Wojtek Kałużyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.