POP & ROCK
Długo się wahałem, czy opisać tę płytę, bo Grzegorz Skawiński i spółka od dawna zajmują w mojej świadomości to samo miejsce co Jola Rutowicz. Jednak "O miłości" jest albumem tak niewiarygodnie lichym, pustym i nieciekawym, że wymaga to odnotowania, tak samo jak odnotowania wymaga człowiek mogący zjeść 100 hamburgerów w pięć minut. Kombii biją wszelkie standardy obciachu. W wywiadach Skawiński tłumaczy, że to "bardzo nowoczesna płyta". Owszem, jeśli pod tym hasłem rozumieć podkłady, które nawet w szczycie lat 90. byłyby uznane za słabe. Jest tu wszystko - nieporadne zabawy z autotunerem, niemieckie quasi-techno z żenującymi tekstami ("Bo we mnie kamień tylko kocha się"), a nawet nawiązania do reggae brzmiącego jak z repertuaru Fasolek ("Kolory tańczą w twoich oczach"). O miłości? O litości!!!
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.009a.001.jpg@RY2@
Po wysłuchaniu Kombii wszystko wydaje się świetne, choć entuzjazm wywołany drugą płytą Mariki słabł z każdym odsłuchiwanym numerem. Bo choć Marika to świetna wokalistka, która nieraz udowadniała, że ma naprawdę szeroką skalę głosu, nad którym potrafi zapanować (ballada "Selah" z iście koloraturowymi zaśpiewami), to na dłuższą metę jej dancehallowe numery ocierające się o soul są zbyt bezpieczne. Nie pomagają też dość rachityczne próby rapowania, w których artystka brzmi jak gorsza kopia Lady Sovereign, i kanciasty akcent w anglojęzycznych utworach. Ciekawiej za to prezentuje się płyta z remiksami dołączona do tego dwupłytowego wydawnictwa. Na szczególne uznanie zasługują Fox w remiksie "Today" upichconym na modłę Gorillaz i dubstepowa gęsto tkana "Filifionka" Octave’a, który dodał Marice pazura.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.009a.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.009a.003.jpg@RY2@
FOT. BARTŁOMIEJ MOLGA
Marcin Staniszewski
Marcin Staniszewski
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.009a.004.jpg@RY2@
Już od otwierającego album "Snow", który zaczyna się monochromatycznym skwierczeniem syntezatora, jasne staje się, że to nie będzie zwykły zestaw czterominutowych klubowych strzałów. Ich miejsce zajęły długie suity rozwijające się z wolna w elektroniczne hymny pochłaniające wszystko, co stanie na ich drodze. Tak jak w epickim 12-minutowym "Escape Velocity" przywodzącym na myśl wczesne nagrania duetu - oparte na transowo-house’owym bicie i wypełnione po brzegi suto filtrowanymi syntezatorami. Słuchając tego numeru, można odnieść wrażenie, że podczas jego nagrywania w studiu Chemical Brothers co kilka minut lądował Boeing 737...
Zmiany słychać też w niewielkiej liczbie zaproszonych do współpracy gości - na "Further" znalazło się miejsce wyłącznie dla wokalistki Stephanie Dozen. To dobra decyzja, bo dzięki temu album zyskał na spójności - a z tą bywało różnie na poprzednich płytach pełnych różnobarwnych gwiazd.
Na "Further" dominują rozbudowane kompozycje, przechodzące jedna w drugą, tworzące ekstatyczny klubowy soundtrack do imprezy, która rozkręca się powoli, ale za to trwa bardzo długo.
W niedawnym wywiadzie dla "The Times" Simons tłumaczy: "Ta płyta to czysta zabawa. Zmieniliśmy się na niej w małych chłopców". I to jest największa wartość tego albumu - niewiele jest zespołów z takim stażem, które potrafią się ciągle bawić robieniem muzyki. Chemicalsom to się udało, choć jest tu kilka momentów, które zamiast frapującą, ową zabawę czynią irytującą (końcówka "K+D+B" z nieznośnym plumkającym bez celu syntezatorem). Jednak jako całość to bardzo sensowny album spinający dotychczasową karierę duetu - od big-beatu po trance i acid house. Bez rewolucji, ale też bez stagnacji.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.009a.005.jpg@RY2@
Progresywny tytuł płyty sugeruje, że duet Tim Rowland i Ed Simons tym razem chciał wyjść poza taneczną formułę, jaką proponował na dwóch poprzednich płytach. I tak też się stało
Marcin Staniszewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu