Dla nich koszmar jest przygodą
Byłem w Iraku jako korespondent wojenny. Większość z rzeczy, które opisałem w scenariuszu, to wspomnienia z tamtego pobytu. Spodziewałem się spotkać ludzi, którzy będą zmęczeni, przerażeni, narzekający - takich bohaterów filmów o Wietnamie. Tymczasem tamci faceci sprawiali wrażenie, jakby lubili swoją robotę. Wtedy uświadomiłem sobie, że przykładamy do tej wojny anachroniczne kryteria. Tym razem ludzie są tam z własnego wyboru, świadomie, a wojna jest dla nich przygodą, zastrzykiem adrenaliny. To robi ogromną różnicę.
To forma uzależnienia. Mogę się utożsamić z tymi chłopcami, rozumiem to uczucie. Motto, które pojawia się na początku filmu: "Wojna to narkotyk", wziąłem z korespondenta wojennego Chrisa Hudgesa. On wielokrotnie przyznawał, że nie potrafi wysiedzieć, kiedy wie, że coś się dzieje na świecie. Staram się przekonać siebie, żeby nigdzie już nie jechać, bo powroty są trudne. Człowiek ma wrażenie lekkiego kaca, wszystko wydaje się takie płaskie, nieinteresujące. Kiedy jesteś w sytuacji zagrożenia życia, wszystko wydaje się ważne, myślisz o sobie inaczej, w bardziej epicki sposób, powiedziałbym. Myślisz o śmiertelności, o wyższych uczuciach.
Ciekawe, że nikt nie czepia się kobiet, które są matematykami czy chirurgami. A każdy ma swoje zdanie na temat kobiety reżysera, która nie robi filmów wyłącznie dla kobiet. Szkoda, że nie żyjemy w czasach postpłciowych.
Scenariusz, który zaproponowałem Kathryn, miał być nie tylko o wojnie. Miał też zadawać pytanie, gdzie jest różnica między dobrym żołnierzem a dobrym człowiekiem.
Od początku było wiadomo, że będziemy mogli kręcić na Bliskim Wschodzie, w warunkach niemal identycznych do tych, w jakich żyją bohaterowie filmu. To było spełnieniem moich marzeń jako filmowca. Poza tym ta wojna jest jedną wielką dziurą informacyjną w Stanach.
Nie widzę w tym nic niezwykłego. Jak każda przytomnie myśląca osoba uważam, że wojna bez wyjątku jest tragedią. W ostatnich wyborach prezydenckich istniały tylko dwa tematy debaty publicznej: wojna i ekonomia. To jasny sygnał, że Ameryka szuka odpowiedzi na pytanie, czym jest ta wojna, chce ją zrozumieć. Dla mnie opowiedzenie o wojnie jest kwestią bycia odpowiedzialnym twórcą.
Będąc w Iraku, nie miałem poczucia, że mam do czynienia ze zwyrodnialcami. To ludzie, którzy na co dzień obserwują, jak ludzkie życie jest marnowane jak woda w cieknącym kranie. Jednak to jeszcze nie czyni ich kryminalistami. Nie wyobrażam sobie też, że nasi bohaterowie wygłaszają jakieś deklaracje polityczne.
Nie zgadzam się. Pokazując rzeczywistość jeden do jednego, komentujemy ją niejako automatycznie.
Moim zdaniem reżyser nie ma prawa mówić widzowi, co jest dobre, a co złe. Jesteśmy od przekazywania informacji. A odpowiedzialność w tym zawodzie polega na niemanipulowaniu tymi informacjami.
Myślę, że Kathryn wymyśliła nowy rodzaj kina, który można by roboczo nazwać prawdziwą fikcją. "Hurt Locker" jest sztuką, jest przetworzeniem, a równocześnie jest całą prawdą o tym, co dzieje się w Iraku. Trzeba zrozumieć, że w Ameryce nie mamy dostępu do tych informacji o wojnie, do których mają dostęp Europejczycy. W Bagdadzie nie został ani jeden reporter CBS! Nasz film to świadectwo.
Fotoreporterzy nie mają już dostępu do amerykańskich jednostek w Iraku. Prasa burzy się, że wprowadzono nieformalną cenzurę. W sytuacji napięcia, braku wiadomości z frontu ludzie z naszego otoczenia zachęcali nas, by mając dostęp do takich informacji, podzielić się nimi z innymi.
@RY1@i02/2010/047/i02.2010.047.000.016a.001.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
Mark Boal i Kathryn Bigelow podczas oscarowej gali w Kodak Theatre w Los Angeles
, ur. 1951, reżyserka i producentka filmu "The Hurt Locker"
, ur. 1973, scenarzysta "The Hurt Locker"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu