Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Demokratyczny grzaniec przed pałacem Marii Teresy

28 czerwca 2018

Wiedeń zdecydowanie nie chce wypuścić w rąk berła stolicy europejskiej moderny i modernizmu. To na wskroś republikańskie miasto nadal jednak odcina kupony od swojej imperialnej przeszłości. I nic dziwnego - to ona właśnie jest największym magnesem przyciągającym co roku nad Dunaj miliony turystów. I tak już chyba zostanie.

Miasto przez kilkaset lat było stolicą cesarstwa, i to jedynego oraz niejako wyłącznego cesarstwa Europy: do 1806 r. władcom rezydującym w wiedeńskich pałacach przysługiwał tytuł cesarzy rzymskich Dopiero od tego czasu, aż do 1918 r., czyli do ostatecznego upadku monarchii, byli oni cesarzami Austrii. Pozostawili po sobie tysiące dzieł sztuki, kilkadziesiąt monumentalnych założeń architektonicznych oraz kopę anegdot, które chętnie powtarzają do dziś wiedeńczycy.

Naszą audiencję wypada zacząć od wiedeńskiego Wersalu, czyli od pałacu Schoenbrunn. Ulubiona rezydencja Marii Teresy pomalowana jest na ulubiony kolor cesarzowej - na żółto. Kiedy farba jest świeża, wygląda to nawet ładnie. Na szczęście pałac przeszedł niedawno gruntowną odnowę. Austriacy dbają o symbol monarchii, którą ongiś sami obalili.

W środku obejrzeć można 40 pokoi. To znikoma cząstka wnętrz pałacu, w którym jest ich ponad tysiąc. Ale i tak można naoglądać się do syta. Maria Teresa była mecenasem godnym swojej korony. Marmury, kandelabry i orzechowe boazerie, laka, chińska i miśnieńska porcelana... Niektóre ozdoby ambitna cesarzowa wykonała osobiście. Wszędzie pełno portretów dzieci, których gospodyni tego miejsca miała niemało. Pozują z powagą malarzowi w peruczkach i koronkach, czasem z drewnianym konikiem w małej dłoni.

W Galerii Lustrzanej zatrzymuję się w miejscu, gdzie przed władczynią połowy Europy koncertował siedmioletni Mozart. Tuż obok zakończył życie jedyny syn Napoleona, zwany Orlątkiem.

W pokojach od strony wejścia mieszkał do śmierci w 1916 r. cesarz Franciszek Józef. Zadziwiają ascezą. Biureczka, przy którym codziennie przyjmował interesantów, powstydziłby się dziś kierownik prowincjonalnego urzędu pocztowego. Podobnie jak maleńkiej ubikacji, z tradycyjnym łańcuszkiem nad prostą sedesową deską. Dalej są pomieszczenia jego małżonki Elżbiety, pięknej i nieszczęśliwej "Sissi". Pozostały tu do dziś narzędzia gimnastyczne, na których codziennie rano ćwiczyła smukła cesarzowa.

Franc Josef był przedostatnim austriackim monarchą, jednak w potocznej świadomości funkcjonuje jako cesarz ostatni. Można to zrozumieć, zważywszy, że jego rekordowo długie panowanie (prawie 70 lat!) było złotym wiekiem zarówno cesarstwa, jak i naddunajskiej stolicy. Szpetnie odmalowany w "Szwejku" Jaroslava Haszka, kojarzy nam się dziś raczej ze starczą demencją. To wielka krzywda wyrządzona pamięci człowieka, pod którego berłem kilka pokoleń obywateli Austro-Węgier mogło korzystać z pokoju i radości życia. Prawdopodobnie większej niż ta, jaka przypadła w udziale nam samym.

Demokratyczny magistrat miasta, zgodnie z rzymską zasadą "chleba i igrzysk", wzniósł przed samym wejściem do pałacu budy "Jarmarku Bożonarodzeniowego". Chlebem są tutaj punsche, czyli kubki grzanego wina, rozdawane za darmo wiedeńczykom i turystom, tłumnie wchodzącym na jarmarczny majdan. Pełno tu głośnej muzyki, świateł i wesołych śmiechów... ale subtelnej "Sissi" chyba by się to nie spodobało.

Jeśli szukamy w Wiedniu żywego piękna i elegancji minionej epoki, powinniśmy udać się do centrum miasta, do pałacowego kompleksu Hofburga. I to nie na sale licznych tamtejszych muzeów sztuki, lecz do najprawdziwszej stajni.

Kilkanaście kroków od wejścia na główny zamkowy dziedziniec, pod arkadami bieleją rzeźbione sylwetki koni. Zaraz... jeden z nich poruszył grzywą. Są żywe! Pełne majestatu stoją w swoich boksach, patrząc ze spokojem na widzów tego niezwykłego widowiska.

Śnieżnobiałe lipicany wzięły swoją nazwę od folwarku Lipica (dziś na terenie Słowenii), gdzie w XVI w. cesarska rodzina założyła stadninę tej sprowadzonej z Hiszpanii odmiany koni. Przez kilkaset lat były ozdobą parad i defilad, licznie odbywanych w stolicy naddunajskiej monarchii. Tak zwana Hiszpańska Szkoła Jazdy (Spanische Reitschule) to nie tylko okazały barokowy budynek, lecz także praktykowana do dziś tradycja "dworskiego" sposobu uprawiania jeździectwa. Szczególnie widowiskowy jest "balet rumaków", w którym konie tańczą kadryle i polonezy. Dziś w Wiedniu to jedna z nielicznych pamiątek po cesarstwie, która nie tylko przeżyła samą monarchię, ale nadal się rozwija i doskonali.

A ludzie? Czy nie pozostało w nich nic z ducha epoki roztańczonej walcami Josepha Lannera i rodziny Straussów? Owszem zostało, i to całkiem sporo. Przede wszystkim wiedeński humor. Kiedy zatrzymałem się na placu Graben, w centrum starego miasta, by oparty o murek barokowej fontanny zapisać coś w notatniku, podszedł do mnie nobliwie wyglądający starszy wiedeńczyk i z szelmowskim uśmiechem poinformował:

- Jeżeli zamierza się pan wykąpać, to zwracam uwagę, że tutaj nie ma wody.

Istotnie, dno fontanny było suche. Zresztą był początek zimy, a mnie nie w głowie były happeningi.

Trzeba iście wiedeńskiego poczucia humoru, by na dachu solidnego, mieszczańskiego Muzeum Historii Naturalnej częstować wchodzących gorącym punschem. Jeszcze bardziej oryginalnym pomysłem jest bima, czyli wiekowy tramwaj, który jeździ wokół Ringu (ta historyczna obwodnica starego miasta nadal znakomicie wypełnia swoje funkcje komunikacyjne), zgrzytając szynami na zakrętach i kończąc trasę w podmiejskiej wiosce Grinzing, już na stokach pamiętnej szarżą husarii Sobieskiego góry Kahlenberg. Tam, w gospodzie "U Marcina Józka" (Zum Martin Sepp), przy szklance heurigera, czyli młodego wina domowej roboty, możemy odpocząć od cesarskiego blichtru.

@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.184.005a.001.jpg@RY2@

Dominic Ebenbichler/REUTERS

Taneczny pokaz jeździeckiego kunsztu w galerii Hiszpańskiej Szkoły Jazdy

@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.184.005a.002.jpg@RY2@

Shutterstock.com

Wiedeń usiany jest dziesiątkami reprezentacyjnych pałaców z okresu cesarstwa

jacek.borkowicz@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.