Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jeep safari bez nieznośnego upału

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Egipskie słońce przygrzewa również zimową porą. W morzu kąpać do woli można się nawet w lutym, jest to także najlepsza pora na rajd po pustyni. Tutaj temperatura nigdy nie schodzi poniżej zera

Ibrahim chce studiować reżyserię w łódzkiej szkole filmowej, chociaż od Łodzi dzielą go cztery godziny lotu samolotem i nigdy tam nie był, jak zresztą w żadnym innym mieście w Polsce. Ale jest zdecydowany i chętnie o swoich planach mówi w trakcie Jeep Safari, zimowej wycieczki, której on przewodniczy, posługując się piękną polszczyzną.

Rzadko się zdarza, aby Ibrahim Aszraf Al-Hedi zimą prowadził wycieczki po Pustyni Arabskiej. Przewodnikiem Jeep Safari - jednej z egipskich atrakcji - jest od dwóch lat, ale tym zajmuje się przede wszystkim latem, podczas wakacji. Ma 18 lat, uczy się jeszcze w liceum, więc zimową porą rzadko znajduje czas na tę pracę. Tym razem znalazł i prowadził do beduińskiej wioski kilkanaście jeepów z polskimi turystami. Sprawia wszystkim niemałą frajdę, kiedy w lot chwyta żarty, których sens może zrozumieć tylko Polak, i na dodatek dowcipnie na nie odpowiada.

Pochwalony za znakomitą znajomość języka polskiego, wyznaje: jestem w 51 procentach Polakiem. Jego mama, rodowita krakowianka, właśnie teraz miała odwiedzić kraj - po około dwudziestu latach nieobecności.

Jeep Safari to wycieczka do wioski beduińskiej, z dwoma przystankami po drodze. Jeden przeznaczony na zdobycie pustynnej góry. Nazwa trudna do zapamiętania, ale wspinaczka zostaje na długo w pamięci - po jednej stronie trzeba wdrapywać się skalistym zboczem, ale już po drugiej schodzić, albo turlać, tarzając w sypkim piasku.

Tutaj przed piaskiem ucieczki nie ma - wdziera się wszędzie. W końcu to pustynia. Turystyczny kurort, czyli Hurghada i okoliczne eksluzywne hotele-enklawy nad morzem są daleko za nami. Przed nami natomiast widok na pasma gór, z których najwyższa, Dżabal Szaib al-Banat, liczy 2187 m n.p.m., a leży w odległości 40 km na zachód od wspomnianej Hurghady.

Gdyby nie góry, byłoby nieznośnie monotonnie, chyba że - jak zachęca Ibrahim - usiądzie się na ziemi. Właściwie wystarczy przykucnąć i spojrzeć przed siebie. Można wtedy dostrzec w oddali dwa niebieskie oczka wodne, coś jak małe jeziorka.

- Proszę państwa, nabrało się na to wielu wędrowców - wyjaśnia Ibrahim. - Przed wami fatamorgana! Za plecami....fata Hurghada.

Od Hurghady dzieli nas z miejsca fatamorgany (to drugi z przystanków wycieczki) ok. 25 km, tyle samo, ile do najbliższej wioski beduińskiej. Najdalsza stąd znajduje się w odległości 45 km. Na Pustyni Arabskiej jest ich w sumie osiem. Niektóre skryte między górami, gdzie nie dokucza silny wiatr. Szczególnie daje się on we znaki nocą. Zimą na pustyni temperatura powietrza spada w nocy do 0 st. Celsjusza. W ciągu dnia sięga średnio 20 - 22 stopni, a nierzadko więcej.

Trzeba przyznać, że Egipt turystom sprzyja. Nawet w grudniu jest zalany słońcem i do woli można kąpać się w morzu. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, żeby trafić na deszcz. W Hurghadzie padało ostatnio 13 lat temu - przez dwa tygodnie i tak intensywnie, że całe miasto zalało. To było jednak niespotykane zjawisko. Na ogół deszcz pada przez kilka minut do 10. Turystom więc w to graj, w przeciwieństwie do mieszkańców. W tym suchym, gorącym klimacie nie ma szans, aby studnie napełniły się w ciągu kilku minut. Tymczasem słupek rtęci często sięga wysoko. Kiedyś doszedł do 47 stopni. Poniżej zera nigdy nie schodzi. Najniższą w Egipcie temperaturę w dzień, 0 st. C, zanotowano dwa lata temu na półwyspie Synaj.

Woda wyznacza rytm życia beduinów. Wioski stawiają tam, gdzie ją znajdą. Z reguły wystarcza im ona na 3 - 4 lata, po tym czasie ruszają dalej. Nie czekają na wodę (deszcze są przecież rzadko i krótkie), ale jej szukają.

Kiedy wiadomo, że w studni zostało wody na miesiąc, wszystko z niej wybierają i z takim zapasem cała wioska rusza na poszukiwania nowego miejsca. Na czele zawsze idzie szejch - najważniejsza osoba i wielbłąd. Zwierzę potrafi bez wody wytrzymać przez 45 dni latem (pije co drugi dzień po 5 litrów), a zimą nawet do 60 dni (pije co tydzień). W każdym razie to dzięki niemu poszukiwania wody są łatwiejsze, wyczuje ją na 7 - 8 km. Jeśli wielbłąd siedzi w jednym miejscu od dwóch do czterech dni, to znaczy, że tu należy osiąść, że pora kopać studnię, głęboką na 25 m. Mężczyźni pracują wtedy przez 10 - 15 dni, bez przerwy, w dzień i noc. Zapas wody wystarcza przecież tylko na miesiąc. Potem biorą się za budowę wioski i jak zwykle rozpoczynają od meczetu.

Wioski nie buduje się tuż przy studni, lecz na 5 - 6 km od niej. To dla bezpieczeństwa beduinów - przy wodzie gromadzą się węże i skorpiony. Do młodych ludzi należy więc codzienne przynoszenie wody dla wszystkich mieszkańców wioski, która może liczyć 300 osób.

- Wszyscy muszą pracować, dzieciaki też - mówi Ibrahim. - W mieście kobieta siedzi w domu, szykuje jedzenie, i to wszystko. Tu robi jedzenie dla całej wioski, przynosi ser i mleko od kozy, opiekuje się wielbłądem, a mężczyźni co dwa tygodnie z wielbłądami idą w góry po zioła. Te 300 osób to jak jedna rodzina.

W "naszej" wiosce wszystko jest w porządku. Nad położonym skrajnie szałasem powiewa kolorowa flaga, zielono-niebiesko-biało-czerwona. To znak, że życie toczy się normalnie. Gdyby ktoś umarł, zatkniętoby czarną, na 40 dni. Na szczęście jest kolorowa.

Prawda jest jednak taka, że nie dotarliśmy do wioski autentycznej, lecz specjalnie zbudowanej dla turystów. To taka stylizacja, żeby móc sobie wyobrazić, jak żyją beduini. Do ich prawdziwych domów nie wolno nam wejść - to część ich tajemnicy. W wyreżyserowanej scenerii znajduje się wszystko, z czego beduini korzystają na co dzień, może z wyjątkiem terrarium. Bo jest tu coś takiego - w małym budynku można obejrzeć tutejsze węże (np. taki, który chowa się w piasek, a gdy ugryzie, wywoła tylko gorączkę i kręcenie w głowie przez cały dzień), smoka wodnego, warana, kameleona czy bliżej nieznane mi zwierzę, działające jak... viagra. - Beduini jedzą po to jego ogon... To nie żart, proszę państwa - zapewnia nas Ibrahim.

Tutaj mieszkańcy mogą zarobić m.in. na lekach i na prostym, tradycyjnym chlebie. Mąka, woda, odrobina soli i nic poza tym - Ibrahim podaje składniki ciasta, które właśnie dla nas wałkuje na blasze beduinka, siedząca nad wydrążonym w ziemi paleniskiem. Na jej plecach, skryte pod ubraniem śpi małe dziecko. Kilka minut wcześniej chłopiec biegał wokół mamy i chował pod jej chustą, gdy ktoś chciał mu zrobić zdjęcie. Teraz jest bezpieczny. Kobieta w kilka minut piecze chleb - jest płaski i okrągły jak pizza.

To wszystko, co tutaj zwiedzamy, można w mig spakować, wrzucić na grzbiety wielbłądów i przetransportować w inne miejsce pustyni. Wielbłąd może nieść na swoich plecach ponad 450 kg. Więc kiedy trzeba, dźwiga i szałas, i skromny, prosty dobytek.

Ale ta wioska, stworzona dla turystów, pozostanie tu z pewnością na dłużej. Nie zamieszkuje jej kilkuset ludzi, jest tylko doglądana. Poczęstunek, którym nas uraczono, można tutaj łatwo dowieźć.

Przejażdżka na grzbietach wielbłądów to ostatnia atrakcja Jeep Safari. Słońce zresztą już nisko, zaczyna się też chłód. Trzeba założyć swetry i ruszać z powrotem. Zanim zobaczymy zarysy Hurghady, drogę oświetlą tylko reflektory jeepów.

@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.184.003a.001.jpg@RY2@

shutterstock.com

Kolumna jeepów pokonuje raz po raz piaszczystą wydmę

iwona.jackowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.