Dotrzymałam obietnicy, którą 7 lat temu złożyłam sama sobie
To ściana prawie kilometrowej wysokości. W deszczu i mgle robi przerażające wrażenie. Od południa góra wyrasta prosto z dżungli.
Bo praktycznie nie było innego wyboru. Mogliśmy zdecydować się na trekking, ale grupy piesze często nie dochodzą nawet do podnóża szczytu. Po drodze miejscowi zatrzymują je i nagabują o haracz. Inna droga wiedzie przez Grasberg, czyli tereny największej na świecie kopalni złota, ale koncern Freeport właśnie zamknął ją aż do odwołania. Jest jeszcze szlak prowadzący przez dżunglę, ale zamieszkujące ją plemię Asmat ma zdecydowanie złą sławę łowców głów i ludożerców.
Gdy wysiedliśmy z helikoptera, Robert spojrzał tylko w górę i powiedział: idziemy! W pierwszej chwili myślałam że żartuje, jednak on mówił zupełnie serio. I jak się okazało, miał rację. Nie mogliśmy czekać. Po kilku godzinach spędzonych pod szczytem złapałaby nas choroba wysokościowa, trafilibyśmy też na znacznie gorszą pogodę. To była ryzykowna decyzja, ale dobrze się stało, że zawierzyłam doświadczeniu mojego partnera.
Góra nie jest ekstremalnie trudna, bo na części trasy wbito poręcze. Ale raz było mi naprawdę ciężko. To było po tyrolce...
To sposób pokonywania przepaści albo szczeliny - na linie, jak kolejka górska. Wydawało nam się, że po tyrolce będzie już blisko. A tymczasem okazało się, że do szczytu jeszcze kawał drogi. Robiło się późno, bo przecież na zdobycie tej góry wstaje się o czwartej rano, a my zaczęliśmy wspinaczkę o 9.30! No i mina mi zrzedła. Na szczęście nie poddałam się chwilowemu zwątpieniu i poszliśmy dalej. A gdy już zobaczyłam szczyt, to jakby urosły mi skrzydła. I... pofrunęłam.
Strasznie się popłakałam. Siedem lat pracy dobiegło finału.
Tak, to była zdecydowanie najgorsza pogoda z moich wszystkich wejść na szczyty Korony Ziemi. Ale z drugiej strony byłam w najlepszej formie.
Tego jeszcze nie wiem. Powiem tak: dobrze jest kończyć, co się zaczęło. Dumna jestem, że dotrzymałam obietnicy danej samej sobie.
To piękna góra. I dobrze się stało, że zdobyłam ją jako ostatnią.
Piramida Carstensz, najwyższy szczyt Oceanii, wznosi się na 4884 m n.p.m. i leży w indonezyjskiej prowincji Papua, obejmującej zachodnią połowę wyspy Nowa Gwinea.
Swą europejską nazwę (Indonezyjczycy nazwali ją Puncak Jaya, co znaczy "Góra Chwały" albo "Góra Zwycięstwa") zawdzięcza holenderskiemu żeglarzowi Janowi Carstenszowi, który w 1623 r. ujrzał z morza ośnieżony szczyt wznoszący się nad tropikalną dżunglą. W bezpośrednie sąsiedztwo góry Europejczycy dotarli dopiero na początku XX w. Szczyt zdobył w 1962 r. Heinrich Harrer. U podnóża góry leży kopalnia Grasberg, miejsce największego na świecie wydobycia złota i trzecie światowe miejsce wydobycia miedzi. Należy do koncernu Freeport, który wykupił olbrzymi teren rozciągający się od gór aż do portu przeładunkowego Timika.
Martyna Wojciechowska, razem z austriackim lekarzem Robertem Millerem, weszła na szczyt 22 stycznia, zdobywając tym samym Koronę Ziemi (komplet wejść na najwyższe wzniesienia każdego kontynentu).
@RY1@i02/2010/020/i02.2010.020.184.0004.001.jpg@RY2@
Granitowa góra wznosi się nad parującym lasem tropikalnym
www.summitpost.org
@RY1@i02/2010/020/i02.2010.020.184.0004.002.jpg@RY2@
W chwilę po zdobyciu szczytu i Korony Ziemi
Robert Miller
@RY1@i02/2010/020/i02.2010.020.184.0004.003.jpg@RY2@
, podróżniczka, redaktor naczelna National Geographic Polska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu