Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Taranowała rywalki, aż sama dała się staranować

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

W Australian Open Agnieszka Radwańska szła do przodu jak taran. Aż do trzeciej rundy, w której sama pozwoliła się staranować. Grająca z silną rotacją Francesca Schiavone pokonała ją 6:2, 6:2.

- Agnieszka zagrała w sobotę swój najgorszy mecz przynajmniej od roku. Po porażce każdy chce wiedzieć, dlaczego tak się stało. Styl gry Schiavone po prostu bardzo jej nie odpowiada. A już wyjątkowo groźna Włoszka może być na takiej wolnej nawierzchni jak w Australii. Piłka leci wysoko nad siatką, ma wysoki kozioł, wybija rywalkę z rytmu - mówił menedżer teamu Radwańskich Victor Archutowski.

Schiavone jest dla Radwańskiej trudną rywalką - to było wiadomo na długo przed meczem. Polce jeszcze nigdy nie udało się z nią wygrać (spotkały się trzykrotnie, ostatnio na turnieju olimpijskim w Pekinie). Ale też jeszcze nigdy nie oddała jej skóry tak łatwo. Podczas całego trwającego 80 minut spotkania rozstawiona z numerem 10 Polka wywalczyła zaledwie jeden break point, który zresztą przepadł niewykorzystany. Aż dwadzieścia niewymuszonych błędów to także rzecz dla niej raczej nietypowa. Agnieszka wydawała się bezradna wobec top spinowych uderzeń Schiavone. Najgorsze jest to, że kiedy jej ulubiona gra z kontry okazała się zupełnie nieskuteczna, Agnieszka nie miała planu B. Zupełnie jakby przyjęła do wiadomości, że grać ze Schiavone nie potrafi, i sfrustrowana złożyła broń. W dwóch pierwszych meczach straciła zaledwie trzy gemy, nie dopuszczała rywalek do głosu. W sobotę sama znalazła się na ich miejscu.

Radwańska nie broniła w Melbourne żadnych punktów, więc jej sytuacja w rankingu WTA raczej się nie pogorszy. Trzeba też wspomnieć o czeku na 52 tysiące dolarów, jaki dostanie za III rundę. Ale styl tej porażki sprawia, że jej start w Australian Open 2010 zapamiętamy jako rozczarowanie.

Podobne rozczarowanie sprawiła swoim kibicom Kim Clijsters, przegrywając 0:6, 1:6 z Nadią Pietrową. Wydarzenie to przypisywano raczej nagłej niemocy Belgijki. Wczoraj jednak rozstawiona z numerem 19 Pietrowa pokonała Swietłanę Kuzniecową i powoli wyrasta na bohaterkę turnieju. Wyeliminowała już z Australian Open dwie wielkoszlemowe zwyciężczynie ostatniego sezonu (Clijsters - US Open, Kuzniecowa - Roland Garros). To nie koniec emocji, bo w jutrzejszym ćwierćfinale zmierzy się z Justine Henin. Wracająca po 20-miesięcznej nieobecności Belgijka zdradza już oznaki zmęczenia - w meczu z rodaczką Yaniną Wickmayer najprawdopodobniej nabawiła się kontuzji kostki. Tymczasem Pietrowa ma z nią rachunki do wyrównania - kilka tygodni temu w Brisbane stała się jej pierwszym łupem po powrocie na kort.

Liczba faworytek kurczy się - wczoraj w meczu o ćwierćfinał z Marią Kirilenko skreczowała Dinara Safina (nr 2) - odezwała się kontuzja kręgosłupa, którą leczyła między sezonami. Tyle samo szczęścia co Kirilenko miał Łukasz Kubot. W sobotę na rozgrzewce dowiedział się, że do 1/8 finału awansował bez odbicia choćby jednej piłki. Jego rywal, rozstawiony z dwudziestką Michaił Jużnyj, wycofał się z powodu urazu nadgarstka, a Kubot odniósł życiowy sukces w Wielkim Szlemie. Został też drugim po Wojciechu Fibaku Polakiem, który walczył w Melbourne o ćwierćfinał. Odnotował to słynny francuski dziennik LEquipe.

- Jest tam zdjęcie Łukasza i cała szpalta tekstu o nim. Wyciąłem to sobie jak dziecko i wszystkim pokazuję. Jestem z niego dumny - mówił Fibak. Mecz Kubota z jednym z faworytów, rozstawionym z trójką Serbem Novakiem Djokoviciem, odbył się na Hisense Arena dziś nad ranem polskiego czasu.

Marta Mikiel

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.