Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

35 lat atrakcyjnych doświadczeń naocznego świadka

28 czerwca 2018

Do tej pory brakowało nam rodzimej, polskiej monografii Tybetu.

Książka, a raczej - zważywszy na jej rozmiary - księga Kalmusa jest nie tylko informacyjnie treściwa i rzetelna, ale też przystępnie i ciekawie napisana, co rzadko chodzi w parze. W dodatku opatrzono ją oryginalnymi zdjęciami autora.

Marek Kalmus łączy w sobie temperament podróżnika i badacza pasjonata. Od 35 lat wytrwale przemierza szlaki Azji Centralnej i Południowo-Wschodniej. Jeśli dodamy, że szczególnie interesują go rytuały religijne oraz tradycje mistycyzmu, trudno będzie nam się dziwić, że właśnie Tybet wybrał on jako ulubione miejsce swoich badań.

Książka Kalmusa dostarcza nam sowitą porcję wiedzy o starej kulturze tego trudno dostępnego, otoczonego legendami kraju. Kultura ta przeniknięta jest duchem lamaistycznego buddyzmu. I właśnie opis tej religii, jej obrzędów, jej filozofii, estetyki i tradycyjnej medycyny, pogłębiony objaśnieniami wyjętymi jakby wprost z rękopiśmiennych kodeksów, to najcenniejszy walor pracy podróżnika.

W rozdziale "Tybet w oczach Zachodu" autor przypomina nieznaną postać Korosi Csomy, Węgra, który na początku XIX stulecia przemierzył pieszo głęboką Azję w poszukiwaniu korzeni swojego narodu. Csoma był pierwszym zachodnim badaczem, który programowo penetrował zakątki Tybetu. Kalmus pisze, że przez długi czas przebywał te same szlaki, nie wiedząc jeszcze nic o swoim węgierskim poprzedniku, ale jakby wiedziony przeznaczeniem.

To przywiązanie do symboli i lekka atmosfera tajemniczości są znakiem firmowym książki Kalmusa. Samo dzieło nie traci zresztą przez to swojej informacyjnej nośności, nawet wtedy, gdy jego autor zapuszcza się w ryzykowne obszary współczesnej ezoterii (patrz rozdział "Kalaczakra a fizyka współczesna"). Kalmus, który z całą powagą opisuje, jako naoczny świadek, proces rozpoznania wcielenia zmarłego lamy w kilkuletnim chłopcu, nie robi wrażenia osoby łatwowiernej. Wymienia z nazwiska zachodnich szarlatanów, podszywających się pod miano "wcielonych Buddów". Zresztą jeśli wierzyć autorowi, Tybetańczycy łączą gorliwą religijność z pragmatycznym i trzeźwym spojrzeniem na świat.

Kalmus nie jest beznamiętnym rejestratorem. Jego zaangażowanie i prostolinijność przejawiają się również w podejściu do sytuacji politycznej, w jakiej znalazł się ten kraj. Bez ogródek pisze o chińskiej okupacji i o terrorze, jakiemu poddawani są mieszkańcy Tybetu. Można zatem zrozumieć, dlaczego zdecydowana większość zdjęć pochodzi nie z samego Tybetańskiego Regionu Autonomicznego ChRL, lecz z jego kulturowych obrzeży: z Ladakhu, Lahulu i Spiti, Nepalu i Bhutanu. Autor dużą część swojej wiedzy czerpał z kontaktów z Tybetańczykami przebywającymi na emigracji, także tymi z najbliższego otoczenia Dalajlamy XIV. Ten "niedobór środka" nie szkodzi jednak specjalnie książce, bo przecież właśnie na obrzeżach Tybetu bije dzisiaj serce buddyjsko-lamajskiej kultury.

@RY1@i02/2010/010/i02.2010.010.184.008a.001.jpg@RY2@

Marek Kalmus, "Tybet. Legendai rzeczywistość"

Jacek Borkowicz

jacek.borkowicz@infor.pl

ciekawą narrację;

kompetencje autora;

solidne tłumaczenie i redakcję;

atrakcyjną grafikę;

oryginalny pomysł na książkę.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.