Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Skrawek Sahary na Atlantyku

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Plaże pełne złocistego piasku, którymi można iść kilometrami, ciepła woda, małe ryzyko deszczu. Fuerteventura oferuje to, co najbardziej potrzebne ludziom Północy - trochę lata zimą

Fuerteventura jest zupełnie inną wyspą niż sąsiednia, bo odległa o zaledwie 80 kilometrów Gran Canaria, nie mówiąc o trochę dalszej Teneryfie. Niby te same Wyspy Kanaryjskie, ale rodem jakby z innej strefy geograficznej i klimatycznej.

Fuerteventura wyglądem przypomina bardziej oderwany od Afryki kawałek Sahary niż wulkaniczną, podzwrotnikową wyspę. Ziemia szara, popękana, pola suche, nawet chwasty słabo rosną, ze zwierząt najlepiej sobie dają radę dzikie kozy i osły. Pejzaż niekiedy księżycowy. Wystarczy jednak tylko trochę sztucznie doprowadzonej wody, by ta spalona słońcem ziemia przeistaczała się w kwitnącą oazę.

Fuerteventura jest najstarszą z Wysp Kanaryjskich, której wulkany przez miliony lat na tyle już zwietrzały i skarlały (najwyższa góra - Jandia - liczy zaledwie 807 m n.p.m.), że nie zatrzymują niżowych chmur płynących z północy Atlantyku. Cały ładunek deszczu chmury wylewają dopiero na najwyższych szczytach Gran Canarii i Teneryfy (Pozos de los Nieves - 1918 m n.p.m. oraz Teide - 3718 m n.p.m.). A bez deszczu nie ma życia. Reszty dokonali sami dawni mieszkańcy Fuerteventury, wycinając nieliczne na wyspie lasy. Dziś zostały już tylko suche zagajniki. Nic, tylko Sahara.

Na Fuerteventurze można naocznie się przekonać, jak będzie wyglądała Ziemia, jeśli w porę nie zapanuje się nad degradacją środowiska.

Dla spragnionych słońca najważniejsze są jednak plaże. Długie, czyste, drobny biały piasek - i wciąż mało zatłoczone. Dłuższa, ponad 20-kilometrowa rozciąga się od starszego centrum turystycznego Costa Calma do położonego jeszcze bardziej na południe i nowszego Jandia Playa i Morro Jable. Wzdłuż wybrzeża stanęło wprawdzie kilka hoteli, ale ich zabudowa nie niszczy krajobrazu i nie broni dostępu do brzegu osobom niebędącym gośćmi hotelowymi. Można swobodnie wylegiwać się blisko wody i kilometrami nieskrępowanie spacerować. Tym bardziej nieskrępowanie, że na Fuerteventurze obyczaje, jeśli chodzi o stroje kąpielowe czy zgoła ich brak, są wielce liberalne. Tu nikogo nic nie dziwi i nie krępuje, zwłaszcza naszych sąsiadów zza Odry, których wielu wypoczywa o każdej porze roku właśnie na tej wyspie.

Atrakcją są oceaniczne przypływy i odpływy, dwukrotne w ciągu doby, po których na plaży pozostają szerokie i płytkie laguny. Atlantyk nie wyrzuca tu niestety muszli, ich zbieracze mogą więc czuć się trochę zawiedzeni, ale i tak warto pospacerować, podziwiając błękit i zieleń czystych tu wód oceanu. A także siłę nadciągających od strony Afryki długich fal, z powodzeniem zresztą wykorzystywaną przez amatorów surfingu i windsurfingu. Latem długa zatoka nieopodal Costa Calmy to miejsce dorocznie odbywających się surfingowych mistrzostw. A poza tym - żadnych skuterów wodnych, bananów, paralotni ciągniętych za głośnymi motorówkami, nagabujących sprzedawców podróbek zegarków i przeciwsłonecznych niby-markowych okularów ani wietnamskich masażystów. Słowem - błogi spokój, bez znanego z innych plaż Wysp Kanaryjskich tłoku, zgiełku i zamieszania.

Druga, trochę krótsza "złota plaża" rozciąga się na północy Fuerteventury, nieopodal turystycznego Corralejo. El Jable jest znacznie krótsza, liczy zaledwie kilkanaście kilometrów, ale wyglądem przypomina niekończącą się, szeroką na setki metrów piaskownicę. Tak właśnie można sobie wyobrażać Saharę - nic tylko wydmy piachu. Przez środek El Jable poprowadzono wprawdzie asfaltową drogę łączącą Corralejo ze stołecznym Puerto del Rosario, stale zasypywaną piaskiem nawiewanym z wydm, ale już wkrótce, po wybudowaniu obwodnicy, droga ta dostępna będzie tylko dla rowerzystów.

Inne plaże Fuerteventury są albo czarne, jak np. w okolicach turystycznego Castillo de Fueste czy Gran Tarajal, albo skaliste, jak wzdłuż niemal całego zachodniego wybrzeża wyspy. Dla pięknych widoków warto odwiedzić położony na samym północnym zachodzie cypel Faro de Toston z potrójną latarnią morską, klify w pobliskim El Cotillo czy leżący na środku zachodniego wybrzeża Ajuy, skąd podziwiać można wspaniały zachód słońca. Przy dobrej pogodzie widać stamtąd zarys Gran Canarii.

Jarosław Świątkowski przeniósł się 5 lat temu na Fuerteventurę z Kalisza. Przyjechał na wyspę zachęcony przez siostrę, która wyszła za mąż za Jezusa Marrero, miejscowego przedsiębiorcę, właściciela m.in. biura turystycznego Norte y Solana. Pan Jarosław początkowo zajmował się zarządzaniem jednym z hoteli, ale gdy przyszedł kryzys, musiał poszukać innej pracy. Znalazł ją u hiszpańskiego szwagra, z którym dzisiaj wspólnie organizują turystom wycieczki po wyspie. Coraz częściej są to polscy turyści.

Norte y Solana specjalizuje się w ofercie dla małych kilkuosobowych grup wycieczkowych. To dobra opcja dla tych, którzy nie lubią poruszać się zatłoczonym autokarem, pilnować godzin zbiórek przy autobusie, by potem wściekać się, że znowu ktoś się spóźnił. Indywidualna niemalże wyprawa kosztuje niewiele drożej, za to małym mikrobusem można podjechać tam, gdzie duży autobus się nie zmieści. Na Fuerteventurze pełno takich właśnie ciekawych, ale trudniej dostępnych miejsc. Można oczywiście wypożyczyć samochód i samemu wszystko zwiedzić, ale to kiepska opcja dla kierowcy. Drogi są bowiem kręte i wąskie, więc oczy kierowcy muszą być wciąż skoncentrowane na drodze. A poza tym trudniej wówczas trafić tam, gdzie naprawdę warto.

Wybieramy się na jedną z takich wycieczek. Wyprawa na cały dzień kosztuje 60 euro od osoby, w tym dobry, trzydaniowy obiad, z winem włącznie. Za kierownicą małego busika Ricardo, a przewodnikiem jest pan Jarek. Wyruszamy z hotelu w pobliżu Jandia Playa starą drogą wzdłuż wybrzeża. Wyżej biegnie fragment drogi szybkiego ruchu, zresztą jednej z niewielu na wyspie. To jednak ze starej drogi lepiej widać wybrzeże i piękne zakole laguny po odpływie.

Za chwilę wjeżdżamy na pustynię. Na lewo i prawo biało-szare wzgórza i wydmy usypane z jasnego piasku. Jedziemy asfaltową szosą, ale po bokach widać ślady opon samochodów terenowych. Ten fragment wyspy szczególnie lubią miłośnicy samochodowego safari. Mijamy turystyczną Costa Calmę. Krajobraz się zmienia. Wjeżdżamy teraz między kamienne szaro-czarne wzgórza. Ziemia sucha, prawie bez roślinności. Gdzieniegdzie tylko porozrzucane parterowe domostwa, z małymi skrawkami zieleni. Kilka kilometrów dalej nagle ukazuje się oaza zieleni, kwitnące oleandry i jaskrawe bugenwille. To założony przez miejscowego przedsiębiorcę ogród botaniczny La Lajita. Można tu się przekonać, jak mogłaby wyglądać cała Fuerteventura, gdyby tylko było na niej więcej wody.

Jedziemy dalej na północ przez środek wyspy. Krajobraz niezmienny - szare i czarne wzgórza. Roślinności niewiele. Czasem można dostrzec dziką kozę lub osła. W Tuineje skręcamy w prawo na szutrową drogę, by wkrótce znaleźć się w środku krateru starego wulkanu. Wygląda jak skład węgla. Wokół tylko czarny popiół i kikuty osypujących się skał wulkanicznych. Takich starych wulkanów jest na Fuerteventurze kilkadziesiąt, żaden nie jest już aktywny.

Wracamy na główną drogę. Wypijamy kawę przy kontuarze stylowego baru La Flor w sennym miasteczku Antigua. Dalej kierujemy się w stronę La Olivy. Mieści się tam Casa de los Coroneles, pozostałość po rezydencji pułkowników, świadectwo burzliwej historii wyspy, kiedy Fuerteventurą władało miejscowe zbuntowane wojsko. Ciekawsze jest jednak podziwianie krajobrazów. Przed Olivą, w bok od miejscowości Tindaya, skręcamy w Valle Grande, głęboką rozpadlinę, która czasami niesie wodę potoku Barranco de la Calabaza. Po długiej na kilometr wspinaczce busik zatrzymuje się na szerokim zakręcie. Piękny jest stąd widok na położone na zachodzie wyspy wzgórza. Tu też rozpoczyna się pieszy szlak na wznoszący się 689 m n.p.m. szczyt Montania de la Muda.

W tej części Fuerteventury wytyczonych jest wiele ścieżek trekkingowych. Klimat nie jest gorący, wieje świeży wiatr od zachodu, wspinaczka nie jest nadmiernie męcząca. Pamiętać tylko trzeba o zabraniu ze sobą wody. Inaczej o wodę z nielicznych górskich źródełek, sądząc po wielu śladach, konkurować trzeba z dzikimi kozami.

Większość mieszkańców Fuerteventury ma dziś zatrudnienie dzięki turystom. Nic więc dziwnego, że gospodarka wyspy podporządkowana jest potrzebom przyjeżdżających: budowa dróg, hoteli, usługi dla turystów. Załamanie cen na hiszpańskim rynku nieruchomości nie ominęło jednak Fuerteventury. Wiele już zbudowanych apartamentowców stoi dziś pustych, a na przydrożnych billboardach można znaleźć liczne zachęty do kupna lub wynajmu mieszkania.

A gdyby kryzys miał trwać dłużej? Fuerteventura, tak jak i pozostałe Wyspy Kanaryjskie, chociaż należy do Hiszpanii, nie jest częścią Unii Europejskiej. Dzięki temu podatek dochodowy na wyspie wynosi tylko 5 proc., co zachęca do inwestowania. Lokalny rząd wspiera także powrót do korzeni, czyli do ponownego zagospodarowania dawnych pól uprawnych, dziś na ogół nieużytków. W centralnej części wyspy, m.in. w okolicach dawnej stolicy, choć dziś strasznie sennej Betancurii, widać wiele przygotowanych poletek pod uprawy. Ceglastoczerwona ziemia podobno jest bardzo urodzajna. Usypane wśród pól groble mają hamować odpływ wody. Chętnych do powrotu do uprawy ziemi zbyt wielu jednak nie ma. Poletka stoją puste.

Lepiej wychodzi hodowla kóz. Na Fuerteventurze jest ich podobno więcej niż samych mieszkańców. W okolicy Betancurii trafiamy do farmy kóz El Taro de Betancuria. Oprócz kóz, owiec, osłów, dromadera i kilku pawi w El Taro zgromadzony został cały skansen dawnych narzędzi rolniczych. Wyrabia się tu wspaniałe sery kozie z niewielką tylko domieszką mleka owczego. Nasz kierowca Ricardo pokazuje nam, jak wygląda tradycyjny proces produkcyjny. Sarkastycznie zauważa, że nie jest on już tak całkiem tradycyjny, od kiedy Unia Europejska zakazała używania parcianych pasków do odciskania sera, nakazując stosowanie bardziej higienicznych, jej zdaniem, pasków plastikowych. Kozie sery z El Taro de Betancuria są wspaniałe, ale kiedyś podobno były jeszcze lepsze.

Warto zrobić sobie spacer po samej Betancurii. Trudno uwierzyć, że ta otoczona bazaltowymi wzgórzami i usiana strzelistymi marokańskimi palmami maleńka osada była przez ponad 400 lat stolicą Fuerteventury. Jej nazwa pochodzi od podróżnika Jean de Bethencourta, który na samym początku XV wieku założył tu obronny fort. Dziś do zwiedzenia jest przede wszystkim Iglesia de Santa Maria, kościół założony w XVII wieku. Warto też zajrzeć do urzędu miejscowej gminy. Mieści się w siedzibie pamiętającej czasy odkrywców wyspy.

Obecna stolica Fuerteventury to Puerto del Rosario. Oglądanie tego liczącego około 40 tysięcy mieszkańców miasta można sobie z powodzeniem darować. Puerto del Rosario to brzydkie, bezładnie zabudowane miasteczko, nad którym króluje ceglastoczerwony budynek stojącego na wielkim pustym placu ogromnego dworca autobusów zwanych tu guaguas. W mieście nie ma niczego interesującego do oglądania. Żadnych ciekawych zabytków. Trudno się zorientować, gdzie jest właściwie centrum miasta. Trudno też znaleźć przyzwoitą restaurację na obiad.

Puerto del Rosario zdecydowanie blado wypada na tle stolic Teneryfy czy Gran Canarii. Zawiedzeni mogą być zwłaszcza amatorzy zakupów. W stolicy znajduje się jedyny na Fuerteventurze dom towarowy, Las Rotondas, ale niskie podatki na Wyspach Kanaryjskich okazują się za słabym magnesem dla najbardziej znanych marek. Kto liczy tu na atrakcyjne i tańsze zakupy, zawiedzie się.

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0004.001.jpg@RY2@

Dla takich widoków warto odwiedzić klify na plaży Morro Jable lub w pobliżu El Cotillo

Philip Lange/Shutterstock

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0004.002.jpg@RY2@

Najlepiej dają tu sobie radę dzikie kozy i osły

Krzysztof Bień

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0004.003.jpg@RY2@

Trudno uwierzyć, że senna Betancuria była kiedyś stolicą wyspy

Krzysztof Bień

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0004.004.jpg@RY2@

Dla spragnionych słońca turystów najważniejsze są plaże

Bildagentur Huber/R. Schmid

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0004.005.jpg@RY2@

Ogród Lajita: tak mogłaby wyglądać cała Fuerteventura, gdyby było na niej więcej wody

Bildagentur Huber/R. Schmid

Na Fuerteventurze klimat jest mniej więcej stały przez cały rok. Za dnia temperatura powietrza od 20 do 30 st. C, nocą od 10 do 20 st. C. Ocean najcieplejszy jest w sierpniu i we wrześniu, gdy temperatura wody dochodzi do 23 st. C. Dlatego trudno powiedzieć, kiedy jest najlepszy sezon dla turystów. Najwięcej jest ich w czasie zimy w Europie. W marcu dokuczliwy może być suchy wiatr od Afryki. Bywa, że przez cały tydzień nie widać słońca, a piach zgrzyta między zębami.

Na Fuerteventurę można się dostać z Polski, korzystając z pośrednictwa biura podróży. Oferta jest jednak niewielka. W obecnym sezonie zimowym Fuerteventurę w swojej ofercie mają TUI i Itaka proponujące wyloty z Warszawy i z Katowic. Na Fuerteventurę można dostać się rejsowym samolotem z Hiszpanii i Niemiec. Regularne loty prowadzą m.in. Iberia i easyJet z Madrytu, Spanair z Madrytu i Barcelony, Air Berlin z Norymbergi. Więcej połączeń jest z dodatkowymi przesiadkami w Las Palmas na Gran Canarii. Bilet powrotny z Polski może wtedy kosztować nawet 5 tysięcy złotych za osobę. Taniej jest wykupić wycieczkę w biurze podróży.

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0004.006.jpg@RY2@

Wybór wycieczki w biurze podróży skazuje na jego ofertę. Hotele także preferują zorganizowanych turystów, wybierających tygodniowy lub 2-tygodniowy pobyt na wyspie. W ofercie TUI jest m.in. kilka hoteli przy najładniejszej plaży na wyspie, na półwyspie Jandia. Można samemu rezerwować sobie pobyt bezpośrednio w większości hoteli, ale wtedy na głowie pozostaje problem znalezienia taniego przelotu. Najlepszy i najdroższy hotel na wyspie (Gran Hotel Atlantis Bahia Real) znajduje się w Corralejo. Wyróżniony został przed rokiem przez Reutersa jako najlepszy hotel w Europie. Tygodniowy pobyt 2 osób z pełnym wyżywieniem kosztuje w styczniu ponad 2 tysiące euro.

Fuerteventura podobnie jak pozostałe Wyspy Kanaryjskie ma status zbliżony do strefy wolnocłowej. Elektronika czy kosmetyki są niżej opodatkowane, przez to tańsze. Dużo jest sklepów z aparatami fotograficznymi, kamerami, sprzętem elektronicznym. Trzeba jednak uważać. Ceny z wystawy to na ogół tylko przynęta, wewnątrz sklepu takiego towaru już nie ma. Bezpieczniej jest z kupnem kosmetyków, które na ogół są o jedną trzecią tańsze niż w Polsce.

Najwygodniej - wypożyczonym na miejscu samochodem, który można wynająć, gdy ma się ukończone 23 lata i minimum 3-letni staż jako kierowca. Koszt wynajmu samochodu zaczyna się od 22 euro za dzień, ale dotyczy to samochodów typu compact. Na Fuerteventurze dużo jest dróg szutrowych, na dodatek pełnych piachu, którymi poruszanie się wymaga samochodu z napędem na 4 koła. Paliwo jest tanie - około 80 centów za litr benzyny lub oleju. Większe miejscowości skomunikowane są autobusami dalekobieżnymi ze stolicą, Puerto del Rosario. Autobusy kursują jednak rzadko i nie wszędzie. Jedynie Morro Jable, Costa Calma, Corralejo, Caleta de Fuste mają częste - co godzinę - połączenia ze stolicą. Koszt przejazdu np. z Morro Jable do stolicy to 17 euro w obie strony.

Warto popróbować sił w surfingu lub windsurfingu. Przybrzeżne wody (ale tylko po wschodniej stronie wyspy) są płytkie, więc bezpieczne nawet dla początkujących. 3-dniowy kurs windsurfingowy kosztuje ok. 150 euro, podobny, ale surfingowy - ok. 100 euro. Wyspę można penetrować np. na motorze, quadzie albo na górskim rowerze. Wypożyczenie pierwszego kosztuje na 1 - 2 dni 40 euro, quada - 70 euro za dzień, a roweru - 9 - 10 euro za dzień.

Na Fuerteventurze dziko rosną krzewy aloesu, który jest składnikiem wielu kosmetyków. W Betancurii można trafić na miejscowe wyroby. LAloe Vera Fresco to rodzinna firma, która oferuje miejscowe wyroby kosmetyczne na bazie aloesu. W sklepie można łatwo porozumieć się po polsku, prowadzi go Czeszka z Moraw.

Z Fuerteventury można wybrać się jednodniową wycieczkę, np. na zakupy do Las Palmas na Gran Canarii, stolicy Wysp Kanaryjskich. W ciągu dnia jest bardzo dużo połączeń lotniczych, prowadzonych głównie przez lokalnych przewoźników. Bilet w obie strony kosztuje obecnie 134 euro z opłatami lotniskowymi. Z Fuerteventury na Gran Canarię można popłynąć także promem ze znajdującego się na południu Morro Jable. Rejs trwa 2 godziny 45 minut, kosztuje 35 euro. Godziny odprawiania promów - 18.30 z Morro Jable i 7.10 z Las Palmas - dostosowane są jednak do tych, którzy chcieliby na 1 dzień wybrać się z Gran Canarii na Fuerteventurę, a nie odwrotnie. Warto wybrać się na bliżej położoną wyspę Lanzarotte, gdzie wciąż jeszcze dymią wulkany. Na Lanzarotte można wybrać się samodzielnie, rejs statkiem z Corralejo trwa 35 minut i kosztuje 28 euro w obie strony, lepiej jednak skorzystać z możliwości wzięcia udziału w wycieczce zorganizowanej przez biuro podróży. Ze względu na ograniczenia ruchu samochodowego nie dojedzie się bowiem samemu w najatrakcyjniejsze turystycznie miejsca.

Krzysztof Bień

krzysztof.bien@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.