Koncert nie do powtórzenia
Za zapowiedź tego koncertu wystarczyłoby wymienienie nazwisk jego uczestników. Godne show na 25-lecie Rock and Roll Hall of Fame
Przy fortepianie zasiada sztywno 74-letni staruszek. Ma minę, jakby marzył tylko o tym, żeby wrócić na wygodną leżankę. Kiedy jednak słychać pierwsze dźwięki, smutny urok mija, bo to przecież Jerry Lee Lewis zaczyna grać jeden ze swoich największych hitów "Great Balls of Fire" powstałe ponad 50 lat temu, w 1957 roku. Lewis, co zrozumiałe, nie zachowuje się już tak, jak do tego przyzwyczaił swoich fanów. Potrafił przecież, grając, skakać, stawać na rękach i kręcić się wokół własnej osi. Mimo to kiedy gra ten numer, publiczność zgromadzona w nowojorskiej Madison Square Garden niemal dokładnie dwa lata temu (29 i 30 listopada) szaleje. To przecież jeden z królów rock’n’rolla, a jego występ jest częścią koncertu z okazji 25-lecia Rock and Roll Hall of Fame. Muzeum mieszczącego się w Cleveland w USA i od 1986 roku honorującego artystów rockowych i inne osoby, które wniosły zasadniczy wkład w rozwój tego gatunku.
Końcówka koncertu Jerry’ego Lee Lewisa zwiastuje, że nie będzie to zwykły rock’n’rollowy wieczór. Dziadek Lewis, kończąc numer, wstaje i kopie krzesło, przewracając je jak za swoich najlepszych czasów. Takich scen, powrotów do pamiętnych momentów z historii gatunku było podczas tych dwóch wieczorów wiele. Zaproszone gwiazdy nie tylko grały swoje największe przeboje, lecz także zapraszały innych artystów do wspólnego wykonywania numerów. Duety są porażające: Stevie Wonder - B.B. King ("The Thrill Is Gone"), Stevie Wonder - Jeff Beck ("Superstition"), Metallica - Ozzy Osbourne ("Iron Man/Paranoid"), U2 - Bruce Springsteen - Patti Smith ("Because The Night"), U2 - Mick Jagger - Fergie ("Gimme Shelter") czy Jeff Beck Band - Buddy Guy ("Let Me Love You"). Takie duety już się raczej w historii muzyki nie powtórzą.
Co ciekawe, na scenie dużo lepiej wypadają gwiazdy, które mogą się już pochwalić wnukami, niż te, które na miano legendy zapracowały w ostatnich kilkunastu latach. Metallica dostaje wigoru na scenie, kiedy zaprasza na nią Ozzy’ego Osbourne’a. U2 z kolei zyskuje magiczną wartość, gdy obok nich stają Bruce Spring- steen i Patti Smith. Znamienną scenę można zobaczyć, kiedy Bono zapowiada jedną z kolejnych piosenek. Tłumaczy patetycznie widowni, że rock’n’roll to synonim wyzwolenia seksualnego, społecznego i politycznego. Po tych słowach do mikrofonu podchodzi Springsteen i dodaje, że rock’n’roll to też po prostu dobra zabawa. I tak go traktowały podczas tych dwóch wieczorów gwiazdy z większym doświadczeniem. To była dla nich wyjątkowa noc z czysto muzycznych powodów. Bez patosu, nadęcia i dopisywania ideologii. Czysty rock’n’roll.
@RY1@i02/2011/223/i02.2011.223.196.004b.001.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu