Tyrmand vs USA
Książka Katarzyny I. Kwiatkowskiej i Macieja Gawęckiego to opowieść o rozczarowaniu i twórczym niespełnieniu. Stany Zjednoczone, które polski pisarz uważał za najlepszy i najsprawiedliwszy kraj do życia, okazały się boleśnie rozczarowującym mirażem. Autorzy pieczołowicie rekonstruują, jak Leopold Tyrmand budził się z amerykańskiego snu i bezwzględnej fascynacji ojczyzną jazzu. Owszem, kiedy w 1966 roku autor "Złego" przypłynął transatlantykiem do Nowego Jorku, Ameryka była krajem nieograniczonych możliwości, największą demokracją świata, hegemonem finansowym, gospodarczym i kulturalnym. I na początku przyjęła go z otwartymi ramionami - Tyrmand dostał rządowe stypendium, publikował w "New Yorkerze", wykładał na uniwersytetach. Prosperity trwała jednak tylko kilka lat: głosząc bezkompromisowe opinie, krytykując sympatyzujące z lewicą elity intelektualne, koniunkturalizm mediów (redakcję "Playboya" oskarżał o szerzenie pornografii) oraz Hollywood, pisarz popadł w izolację. Wysokonakładowe opiniotwórcze gazety nie chciały go drukować, bojkotowano go w środowiskach literackich. Ostatecznie Tyrmand znalazł przystań w konserwatywnym Instytucie Rockforda, pod egidą którego wydawał miesięcznik "Chronicles of Culture". Nigdy też nie został amerykańskim pisarzem, o czym marzył najbardziej. Na emigracji unormował natomiast swoje życie osobiste - założył rodzinę, miał dzieci.
@RY1@i02/2011/214/i02.2011.214.196.026d.001.jpg@RY2@
Małgorzata Toruńska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu