Uspokoić rytm życia
Okolice Trójmiasta były niegdyś uważane za jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Do dziś mają urok spokojnego zacisza
Wrzeszcz, Oliwę i Sopot łączy genius loci, czyli magia miejsca. Chociaż dwie pierwsze z wymienionych miejscowości są dzisiaj dzielnicami Gdańska, Sopot zaś ma status osobnego miasta, w istocie wszystkie trzy składają się na jedną krainę, maleńką, ale niepowtarzalną pod względem krajobrazu i klimatu.
Alexander von Humboldt nazwał Oliwę jednym z trzech najpiękniejszych miejsc na świecie. Można chyba uwierzyć na słowo podróżnikowi, który zwiedzał tropikalne lasy nad Orinoko i bywał na szczytach Ałtaju, musiał więc wiedzieć, co mówi. Oliwa i okoliczne miejscowości położone są między ciągiem nadmorskich plaż a pasmem wzgórz. Szczególnie pięknie tu jesienią, gdy porastające wyżynę lasy mienią się dojrzałą czerwienią bukowych liści. Pod ich osłoną rozpościera się pyszny widok na dawne gotyckie opactwo, czyli dzisiejszą gdańską katedrę. Mnisi z zakonu cystersów, którzy przybyli tu przed siedmiuset laty, zagospodarowali okoliczne dolinki, budując sieć młynów wodnych na spadających ze wzgórz potokach. Niektóre z tych urządzeń przetrwały do dziś. Z czasem u wylotu dolinek zamożni mieszczanie gdańscy pobudowali sobie dwory, które służyły im za letnie rezydencje.
W cieniu olbrzymiej katedry kryje się kościół św. Jakuba, zwany przez miejscowych Jakubkiem z racji swoich niewielkich rozmiarów. Reguła cysterska zabraniała świeckim uczestniczenia w zakonnych nabożeństwach, dlatego właśnie tutaj modlili się mieszkańcy Oliwy i jej okolic.
W samą Niedzielę Palmową, 25 marca 1945 r., na dwa dni przed zdobyciem Gdańska przez Sowietów, oliwskie kościoły stały się miejscem masowych gwałtów i morderstw dokonywanych na cywilnej ludności przez żołnierzy Armii Czerwonej.
Rosjanie, choć podpalili cały zabytkowy Gdańsk, z zabudową Wrzeszcza, Oliwy i Sopotu obeszli się względnie łagodnie. Po większej części składała się ona - i do dziś się składa - z will i pałacyków postawionych przeważnie na przełomie XIX i XX w., kiedy to rozwój Gdańska i moda na bywanie w Sopocie, renomowanym kąpielisku, rozkręciła budowlaną koniunkturę.
Wille te stały się schronieniem. Kiedy z sąsiedniego Gdańska wysiedlono ludność niemiecką, tutaj, szczególnie we Wrzeszczu, pozostało jej całkiem sporo. Ostatni Niemcy wyjechali stąd dopiero na początku lat 70. Po 1945 r. osiedlili się tutaj wygnańcy z Wilna, akowcy tropieni przez bezpiekę, artyści oraz wszelkiej maści wolne duchy, którym nie po drodze było z budowniczymi socjalizmu. Czasem obok secesyjnych budynków dostawiano tu socrealistyczną architekturę, ale i tak miejscowi architekci przemycali w niej - co nie zdarzało się gdzie indziej - tradycyjne polskie elementy, na przykład renesansowe attyki.
W zacisznych willowych uliczkach Wrzeszcza, Oliwy i Sopotu narodziły się lokalne wspólnoty, które Anglosasi określają mianem "neighbourhood", czego sens chyba najlepiej oddaje staropolskie słowo "okolica". Przed laty na pętli tramwajowej w Oliwie jakiś sędziwy, ale młody wiekiem brodacz przekonywał mnie, jakim azylem było to miejsce w czasach komuny: "Panie, tutaj można było na ulicy buta zdjąć i milicjant nie zwracał uwagi!". Władze rzeczywiście patrzyły przez palce na ten fenomen. Wypracowany tu lokalny model inteligenta wolnego od urzędniczej tyranii odnaleźć można było jeszcze we Wrocławiu. Nie przypadkiem Trójmiasto i Wrocław stały się ogniskami "Solidarności".
Specyficzny klimat nadmorskiej okolicy opisał Stefan Kisielewski w powieści "Romans zimowy". Wydał ją w 1972 r. pod pseudonimem Tomasz Staliński w paryskiej Bibliotece "Kultury". Kisiel patrzył jednak na to miejsce okiem przyjezdnego bywalca domu wypoczynkowego ZAiKS przechadzającego się po sopockim molo. Paweł Huelle, który się tutaj wychował, w wydanej w 1987 r. powieści "Weiser Dawidek" odmalowuje zakątki swojego dzieciństwa.
Dziś niewiele już pozostało z nastroju tamtych lat, ale jak dawniej, rytm życia pulsuje tu nieco spokojniej. Gdy pobliską szosę zapełniają samochody wracających z pracy w Gdańsku mieszkańców Gdyni, Rumi i Wejherowa, miejscowa socjeta spotyka się na ścieżce rowerowej, która wiedzie wzdłuż morza, od Brzeźna aż do ujścia rzeczki Swelini. Warto tam pójść, chociażby po to, by zobaczyć młode mamy, które pędzą na wrotkach, pchając przed sobą sportowe wersje dziecięcych wózeczków.
@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.007a.001.jpg@RY2@
fot. mat. pras.; Hubert Matys/REPORTER
Sopot i najsłynniejsze polskie molo
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu